<<<...powrót do serwisu

...

MAREK RÓŻYCKI Jr - urodzony w Zakopanem; dziennikarz, prozaik, felietonista, przez
wiele lat kierował działem literackim w "Tygodniku Kulturalnym", współredagował "Kulturę i Ty",
"TIM" - Tygodniowy Ilustrowany Magazyn,
"Scenę", magazyn "Pan". Współpracował m.in.
ze "Szpilkami", "Urodą", "Kobietą i Życiem", magazynem "Ona" i chicagowskim "Relaxem" - specjalizując się w wywiadach i felietonach.

Na początku lat 80. - tworzył program centralnego klubu studentów U.W. - "HYBRYDY", w którym jednocześnie prowadził pierwszy w kraju wolny od cenzury - Ośrodek Dyskusyjny "Od Siwaka do Bujaka".
Napisał m.in.: "Gwiazdy w oczach czyli Hollywood po polsku", "Koszt doskonałości", "Wisłocka
w pigułce", współredagował "Sukces w miłości" M.W.; "Noce bez czułości" [dwa wydania].
Na publikację czeka: "Karnawał w Sodomie", "Bazar Różyckiego" oraz wybór wierszy - "Tańczący
z myślami". Laureat wielu konkursów literackich. Pisał także felietony dla Programu Pierwszego Polskiego Radia - audycji Bogdana Fabiańskiego "Rozmowy przy muzyce po północy". Do niedawna felietonista "TIM"-u oraz "Zielonego Sztandaru". Obecnie współpracuje z prasą polonijną - m.in.: "Panoramą Polską" - Kanada, "Gwiazdą Polarną" - USA, "Spod Znaku Afrodyty" - Cypr-Grecja, "Kurierem Zachodnim" - Australia.

...

 

 

NIENAWIDZĘ STAGNACJI

Z KAZIMIERZEM KACZOREM rozmawiał Marek Różycki jr.
...

 

    Znany i lubiany polski aktor telewizyjny, teatralny i filmowy. Szerokiej publiczności znany głównie z ról w serialach (pamiętny Jan Serce, senator Złotpolski) oraz jako prowadzący teleturnieju "Va-banque".

Urodził się 9 lutego 1941 roku w Krakowie. To tutaj ukończył w 1965 roku Wydział Aktorski PWST, mimo iż początkowo został przyjęty na kierunek lalkarski.
Jako profesjonalny aktor, występował na deskach krakowskiego Teatru Starego (1965-73) oraz stołecznych: Współczesnego (1973-74) i Powszechnego (od 1974 roku). Debiut filmowy Kazimierza Kaczora to drobny epizod w "Stawce większej niż życie" (1968).

W 1974 roku wystąpił w niewielkiej roli w komedii "Nie ma róży bez ognia"
i "Potopie" Jerzego Hoffmana, oraz jako Kipman w "Ziemi obiecanej" Andrzeja
Wajdy. W kolejnych latach ponownie zagra u Wajdy - w 1976 roku w "Człowieku
z marmuru", a w 1978 - w nieco większej roli redaktora naczelnego w "Bez znieczulenia". Niejednokrotnie spotka się też ze Stanisławem Bareją (1978 "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", 1983 "Alternatywy 4", 1986 "Zmiennicy"). W 1978
roku wystąpił w głośnym filmie Janusza Rzeszewskiego i Mieczysława Jahody "Hallo, Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy".

Największą popularność przyniosły mu role w serialach TV - znakomita rola
Leona Kurasia w "Polskich drogach" Janusza Morgensterna, tytułowa rola w filmie Radosława Piwowarskiego "Jan Serce" (1981), doktora Anzelma Budzisza w "Awanturze o Basię" (1995-96) oraz senatora Marka Złotopolskiego w serialu "Złotopolscy" (1997-2007, ponowna współpraca z Radosławem Piwowarskim).

Kazimierz Kaczor stworzył wiele kreacji teatralnych, w tym kilkadziesiąt dla Teatru
TV (m.in. w roli Bolesława Bieruta w "Podróży do Moskwy" 1999, czy w roli
Corneliusa w "Lordzie Jimie" 2002). W latach 1996-2005 był prezesem ZASP-u.

----------------------------------------------------------------------------------------

- Aktor w Polsce musi być świadomy nie tylko tego co gra, lecz również - w jakiej sprawie. Ponosi niejako odpowiedzialność w znacznie szerszym zakresie, niż wynikałoby to z samego zawodu. Jak Pan odczuwa to jakby dziedziczne obciążenie?

- Tak jest rzeczywiście. Myślę, że od tego się nie wyzwolimy. Tak było od co najmniej 100 lat i pewnie jeszcze trochę będzie. Jest to zadanie szlachetne i dowartościowujące, natomiast niekiedy bywa obciążające. Często chciałoby się nam znaleźć bliżej farsy czy burleski, a miewamy poczucie, że jesteśmy w Świątyni Sztuki. Ale to tak na razie musi być. Rozpolitykowane ostatnie przynajmniej 30 lat też sytuacji aktorowi w repertuarze nie ułatwia, albowiem w tych latach objawiło się coś, z czym nie mieliśmy do czynienia od ostatniej wojny - aktor poczuł się obywatelem z pełnym głosem, z prawem do wyrażania swojej opinii, swojego stanowiska. W dodatku ten głos obywatelski aktora bardzo się
liczył, był znaczący i widoczny. To się już bardzo zmieniło, ale dopóki ta misja nie będzie zdjęta z tego środowiska, dopóty gdzieś tam w naszym myśleniu będzie to kapłaństwo,
to służenie sztuce przez duże "S".

- Spytam o Pana filozofię życiową, bowiem aktor musi u nas odwoływać się
nieustannie nie tylko do materii scenicznej czy filmowej, lecz również do własnych ocen, własnych poglądów na rzeczywistość. Innymi słowy - do tego kim jest i co reprezentuje sobą jako człowiek.

 - To nie jest specyfika tylko polskiego teatru. Nie wyobrażam sobie aktora uprawiającego ten zawód - szczególnie grającego w sztukach czy filmach o tematyce współczesnej - aby takich odnośników w sobie nie miał. Jeśli nie jest on człowiekiem żyjącym pełnią życia, czyli bacznie obserwującym to, co się dookoła niego dzieje, wtedy staje się niewiarygodny jako twórca.

- Ciekawi mnie jednak Pańska filozofia życiowa...

- Nie wiem czy próbowałem ją kiedykolwiek formułować. Wydawałoby się, że nie jestem
w tym względzie odległy od filozofii każdego Polaka: "Byle przeżyć! Nie dać się przytopić... Byle do przodu..." Natomiast ważne są dodatki do takiego stwierdzenia - może nie byle
jak przeżyć i może nie za wszelką cenę; że do przodu, ale w jakimś konkretnym kierunku. Jeżeli to wszystko jeszcze zawiesimy w umiarkowanym optymizmie - to wygląda to tak.

- Pana życiorys jest barwny i "nieuczesany". Imał się Pan różnych zawodów -
operator dźwigu, pomocnik magazyniera w przedsiębiorstwie budowlano-przemysłowym, kurtyniarz, maszynista, kierowca ciężarówki, lalkarz.
Ma Pan nawet dyplom średniej szkoły muzycznej... Kim Pan tak naprawdę jest,
Panie Kazimierzu?

- Spróbujemy sobie odpowiedzieć na to pytanie, kiedy daj Boże dożyję 75 lat
i napiszę pamiętniki. Będę mógł wówczas powiedzieć kim byłem. Kim jestem? Nie wiem, człowiekiem, który chce jakoś w miarę ciekawie przeżyć, bo nawet nie chcę powiedzieć - niestandardowo. Nienawidzę stagnacji, zasiedzenia, schematów, aczkolwiek często się
w nich człowiek wygodnie czuje, no bo ma to wszystko jakoś poukładane. Po jakimś
czasie takie poukładanie w moim życiu i taka organizacja - strasznie mnie podnieca
do tego, żeby z tym zerwać.

- Pana aktywność zawodowa jest "cykliczna" - przerywana morskimi rejsami
z przyjaciółmi i podróżami po Stanach. Jaka jest historia Pana miłości do żeglarstwa, podróży i przyjaźni z legendarnym już Tony Halikiem?

- Jeśli idzie o żeglarstwo - naprawdę nie wiem, jak to się zaczęło i co było powodem, impulsem, że się za żeglarstwo wziąłem. Kiedyś uprawiałem wioślarstwo, nawet dosyć intensywnie, byłem zawodnikiem. Kto wie, czy piłując po Wiśle od Norbertanek po Wawel
i z powrotem, zlany potem, machając wiosłami - jak patrzyłem na tych leniwców na żaglówkach, którzy nogi wywieszają za burtę i prują tak samo szybko - pomyślałem, po co mi te odciski na rękach i bóle w krzyżu... Może także stąd, że przystań żeglarska była po drugiej stronie Wisły? Myślę, że suma takich mini-przyczyn sprawiła, że znalazłem się na obozie żeglarskim. A z Tonym poznaliśmy się gdzieś w połowie lat 70., kiedy przeniosłem się do Warszawy, przypłynąłem tą swoją starą łódką z Krakowa i znalazł się kupiec. Sprzedałem łódkę i za te pieniądze mogłem kupić akurat wtedy prototyp - jedną z pierwszych skorup MAK - 707, którą to z kolei łódkę skonstruował mój przyjaciel Henio Jastrzewski. Od tego momentu zaczęły się moje bliskie kontakty z Tony Halikiem, który dokładnie w tym samym czasie kupił taką samą skorupę. Byliśmy w tym samym klubie, wymienialiśmy doświadczenia - jak zabudować tę łódź i bardzośmy się skumplowali.

- Co Panu daje żeglarstwo?

- Na pewno bardzo ostre cięcie od wszystkich spraw zawodowych. To jest inna rzeczywistość. Mam świadomość, że mój zawód jest mi zupełnie niepotrzebny
w żeglarstwie, jest nieprzydatny. Obowiązują inne reguły, na co innego muszę uważać, czym innym muszę się zajmować, inny rodzaj wiedzy muszę posiąść. W związku z tym
to co jest wspaniałe w moim zawodzie, ale po pewnym czasie zaczyna być męczące - odchodzi mi z głowy podczas żeglowania.

- Z zazdrością czytałem, że odwiedził Pan Kubę, Florydę, Puerto Rico, Wyspy Dziewicze, Martynikę, Grenadę; był Pan nawet na bezludnej wyspie... W związku
z tym spytam, jak skutecznie - zdaniem Pana - urzeczywistniać marzenia i realizować cele życia?

- Wreszcie odważyć się i zrobić ten pierwszy krok. Naprawdę, to jest strasznie ważne,
bo i wyobraźnia, i dotychczasowe doświadczenia życiowe mówią nam, że Broń Boże, że
w żadnym wypadku, że nie wolno się w to wdawać, że to jest z góry skazane na przegraną... Nieprawda! Trzeba bardzo chcieć spróbować i zrobić ten pierwszy krok,
no i oczywiście znać języki.

- Czy podróżując po Stanach bywał Pan również w teatrach? Co może powiedzieć Pan
o problemach i warunkach pracy środowiska aktorskiego w USA? Czy są porównywalne do naszych?

 - Widziałem "Śmierć komiwojażera" z Dustinem Hoffmanem. Bardzo mnie to interesowało, ponieważ jest to jedna z pierwszych sztuk teatralnych, które oglądałem w Krakowie ze wspaniałymi kreacjami w Teatrze Starym. Tak więc poszedłem i przecierpiałem te blisko
50 dolarów razy dwa za balkon. Ale trzeba powiedzieć, że człowiek, który chce łyknąć wysokiej kultury ma to zapewnione także w telewizji i to w bardzo znacznym stopniu.
To bardzo istotne przy ograniczonych możliwościach finansowych. Jest przynajmniej
4 lub 5 kanałów TV, które mają ambicje artystyczne. A więc wszystko to, co jest interesującego na świecie, co się pokazuje również w Nowym Yorku - transmitują
w olbrzymich fragmentach. Czy problemy środowiska artystycznego w Stanach i w Polsce są porównywalne? Porównywalne jest tylko jedno - nazwijmy to górnolotnie: męka twórcza. I oni, i my chcemy zagrać jak najlepiej. Natomiast wszystko inne, niestety, jest zasadniczo różne. Nawet uwarunkowania - dlaczego on się tak męczy, żeby zagrać jak najlepiej - już mają inny odcień. U nas - bo wypada dać z siebie wszystko, bo jest się aktorem, profesjonalistą, bo po prostu trzeba grać jak najlepiej. U nich - jest już nieco
inna motywacja: jak zagram najlepiej, będę miał kolejną propozycję. Oni są inni, uwarunkowania są inne. Uprawianie tego zawodu jest u nich może szlachetniejsze niż
u nas. Ponieważ przy tak ogromnej konkurencji, jaka tam panuje - jeśli on się już
dostanie do teatru, to to jest 75 procent jego zwycięstwa. Są niebywale zmotywowani, dopingowani okolicznościami i często za dość przeciętne honoraria. U nas nie ma takiej presji, ciśnienia - co z jednej strony jest niedobre, z drugiej zaś - niebywale budujące,
gdy nie ma innej presji poza artystyczną. Doprowadza to do prawdziwych wyników. Są jednostki w Stanach, które nie wytrzymują tego ciśnienia, konkurencji i odpadają.
A u nas nawet po 10 latach uprawiania tego zawodu, w komforcie rozwijają się
i błyszczą potem, jako gwiazdy pierwszej wielkości.

- Teraz spytam o doświadczenia z pracy w kabarecie "Pod okiem", w którym występował Pan wespół z Piotrem Machalicą, Barbarą Dziekan i Zbigniewem Zamachowskim oraz autorami - w Ośrodku Kultury na Ochocie?

- Uważam, że pod względem psychologicznym jest to zjawisko niezwykle rzadkie.
Spotkała się grupa ludzi, którzy akurat mieli ochotę, czas, byli autorzy tekstów, no i mieliśmy lokal. Do końca istnienia tego kabaretu pozostaliśmy samodzielni, nie podlegli żadnej firmie. W momencie, gdy zaczęliśmy eksploatować ten program - wszystko jedno nam było, czy zarobimy dwa tysiące sto złotych, czy tysiąc czterysta. Jak była sympatyczna publiczność - graliśmy trzy i pół godziny, gdy było kiepsko i publiczność nie brała, "nie łapała" - dwie godziny. Mieliśmy bardzo duży repertuar i nam było miło ze sobą. Myślę,
że taka atmosfera zdarza się bardzo rzadko. Po raz pierwszy występowałem w roli szefa takiego zespołu, a więc człowieka, który nie tylko martwił się o kształt artystyczny, ale również zajmował się sprawami organizacyjnymi. Wówczas nabawiłem się pierwszych siwych włosów... Jak po powrocie ze Stanów wstąpiłem do kabaretu "Pod Egidą" - na zaproszenie Janka Pietrzaka - doświadczyłem, jaki to niesłychany komfort być artystą
w kabarecie, którego celem jest tylko grać i nie martwić się o sprawy organizacyjne.

- Mówi się powszechnie, że kabaret przeżywa kryzys, zaś sceny kabaretowe zdominowane zostały obecnie przez kiepskich tekściarzy, którym brak jest
aktorskiego szlifu...

- Jest to trafna diagnoza. Istotnie, kabarety znacznie obniżyły swoje loty. Kabaret może istnieć, jeśli musi coś wyszydzać, ale równocześnie znaleźć na to formę, bo mówienie wprost mija się z celem. Polski kabaret w miarę ulg cenzuralnych - co brzmi paradoksa-
lnie - zaczyna walić coraz mocniej "siekierą", bo tylko siekiera może rozśmieszyć, a nie żadne finezje. Ale to tak wcale nie musiało się stać. To, że tekściarze piszą sobie teksty
i tylko sobie, w dodatku je wykonują, ponieważ z tego żyją - ograniczyło sfery kabaretu
li tylko do słowa. Sytuacja ta sprzyja uprawianiu kabaretu zbliżonego do radia. Rzeczywiście, wówczas można organizować kabaretony w Sali Kongresowej czy
katowickim Spodku, na które przychodzi po kilka tysięcy ludzi, bo i tak wiadomo, że ci
z ostatnich rzędów nie widzą twarzy, gestu, mimiki - tylko słyszą słowa. Wtedy poprawnie mówiący po polsku tekściarz może zastąpić aktora! Ale jest to klęska kabaretu.
Co gorsza - nie widać nowej kadry tekściarzy, którzy chcieliby pisać dla kabaretu. Nie bardzo też rozumiem dlaczego obecni autorzy nie chcą pisać więcej - niż sami wykonują. Może zwyczajnie obawiają się konkurencji aktorów, że w wykonaniu kogoś innego te teksty będą lepsze? Póki co, o jakości kabaretów stanowią zbiory monologów czy też scenek wygłaszanych przez dwie osoby.

- Odszedł Pan ze Starego Teatru, grał Pan we Współczesnym, a od wielu lat jest Pan członkiem zespołu Teatru Powszechnego. Jak określiłby Pan specyfikę tego, jednego
z najlepszych, teatrów stolicy - teatru imienia Zygmunta Hubnera?

- Opis powinien być dwojaki - musi dotyczyć tego, co nasz teatr zamierza i co mówi do publiczności, a także - jaki on jest od środka. Wszystko to, co nasz teatr chce spełniać
i jakim chce być, wyartykułowane jest przez nas - członków założycieli z Zygmuntem Hubnerem na czele - w deklaracji programowej z 1974 roku. Deklaracja liczy 3/4 strony
i trzeba by ją tu przytoczyć. Spełniamy te założenia. Chcemy być teatrem politycznym odpowiadającym na zapotrzebowania współcześnie żyjącej widowni. Jeśli posługujemy
się sztuką klasyczną czy niewspółczesną - to również w takim celu, aby okazywało się, że problemy ludzkości są ciągle niezmienne. Na przykład kwestia wolności człowieka wobec systemu - jest problemem uniwersalnym. Takiego repertuaru i odpowiedzi na takie właśnie pytania będziemy w tym teatrze szukać. Takim nasz teatr nadal chcemy widzieć, łącznie
z nowym kierownictwem artystycznym, które pod tym programem podpisuje się
obydwiema rękami. Natomiast jeśli idzie o to, jaki ten teatr jest od środka - można powiedzieć tylko, że zbliżony do ideału. Jest to chyba jeden z nielicznych zespołów teatralnych, w którym na scenie, w trakcie pracy nie ma specjalnych podziałów na
kategorie - gwiazdy i resztę. Pracujemy wspólnie, a w bufecie mówi się to, co się myśli na najrozmaitsze tematy, także teatralne. Nie boimy się, że to co mówimy - wycieknie poza teatr. Czujemy się swobodni i wolni w tym zespole.

- Grywał Pan pod kierunkiem Jarockiego, Korzeniowskiego, Bardiniego, Hubnera, Szajny, Swinarskiego, Grzegorzewskiego, Maciejowskiego, Wajdy. Różne klasy, odmienne osobowości. Jakie cechy - zdaniem Pana - powinien reprezentować ideał reżysera?

- To jest człowiek, który ma fenomenalnie prosty pomysł na skomplikowaną sztukę;
który wizją kształtu przedstawienia przerasta wizje dotychczasowe - każdego z nas, wykonawców. Potrafi narzucać zadania aktorskie, które wydaje się, że są nie do
spełnienia, ale nie przez swoją dziwaczność, tylko - oddech, perspektywiczność. To człowiek, który potrafi pracować z aktorem ze świadomością jak nim kierować, co go
boli i umieć go odblokować. Poza tym musi mieć dar zarażania swoją wiarą i ideą tego,
co robi.

- Przy okazji spytam - co składa się na sukces aktora w Polsce?

- Jeśli mówimy o prawdziwym sukcesie, a nie o błysku, meteorze czy sezonowej
komecie - odpowiedź jest bardzo prosta: wielokrotność grania dobrze dobrych ról.
Jeśli po kilku latach aktor nie schodzi poniżej pewnego poziomu - jest zauważony,
staje się ceniony i na niego się chodzi, to jest moim zdaniem sukces w tym zawodzie. Nie decydują o tym recenzje czy nagrody festiwalowe. Można przytoczyć tu niebywały sukces Jadzi Jankowskiej, która zdobyła - jako jedyna z polskich aktorek - Złotą Palmę w Cannes
i nic to nie zmieniło w jej karierze, a w kraju jest aktorką niewykorzystaną. Oczywiście
chcę wierzyć, że propozycje ról napływają w wyniku talentu, zdolności aktora. Bywa również i tak, że w jego warunkach zewnętrznych jest coś takiego, co wydaje się, że odpowiada współczesnemu zapotrzebowaniu widowni. Myślę, że gdyby na przykład Zbyszek Cybulski pojawił się teraz - tak jak wyglądał i tak jak grał - mógłby nie znaleźć odpowiedniego oddźwięku. 20 - 25 lat temu był czas na Jurka Stuhra czy Krysię Jandę.
Nie oceniam tu ich aktorstwa, które szalenie cenię - myślę tylko, że funkcjonuje coś
takiego, jak znalezienie się we właściwym czasie. Ale sukces - tak jak już powiedziałem -
to wielokrotność grania dobrze dobrych ról.

- Rola Kurasia w "Polskich drogach" była "słupem milowym" w Pana karierze. Czy jednak w Pana przypadku popularność po serialach "Polskie drogi" i "Jan Serce" - nie była bodźcem do szukania innych możliwości, chociażby z obawy przed przypisaniem do jednego typu ról? Jak udało się Panu uniknąć szuflady?

- Oczywiście, próbowałem tym sterować, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że
w momencie kiedy serial zdobył tak wielką popularność - istnieje niebezpieczeństwo przylepienia mi etykietki Kurasia. Wśród znajomych czy przyjaciół uprawiających ten
zawód - patrzyłem na Franka Pieczkę, którego przezywano Gustlikiem z "Czterech pancernych". A przecież nie zapominajmy, że Franio Pieczka zagrał w jednym
z najwspanialszych filmów, w "Żywocie Mateusza", gdzie stworzył fantastyczną kreację.
Tych kreacji było później bardzo, bardzo wiele. Tak więc zdawałem sobie sprawę
z takiego niebezpieczeństwa i dokonywałem wyboru ról. Gdy skończyły się "Polskie
drogi" - ja w cztery dni później zagrałem SS-mana w "Rozmowach z katem" Moczulskiego. Oczywiście ten SS-man nabierał w końcu ludzkiego oblicza - tym niemniej pozwoliło mi to uwierzyć, że potrafię grywać inne role. To był świadomy wybór Hubnera i Wajdy. Ani razu nie usłyszałem na widowni: "O, Kuraś się przebrał..." Grałem też przecież w serialu TV "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", gdzie wcieliłem się w postać komisarza policji pruskiej, polakożercę. Prawdą jest, że mu się potem losy jakoś "uczłowieczyły" - tym niemniej była to diametralnie różna postać. Tak na marginesie - za Frankego dostałem największą liczbę nagród państwowych... Z kolei "Jan Serce" wydawał mi się znowu inny
od Kurasia, a więc pracujący na moją korzyść... Potem przyszły "Alternatywy 4", "Zmiennicy", "Obywatel Piszczyk", "Planeta krawiec" - a więc znowu zupełnie inne postaci. Doprowadziło to moim zdaniem do tego, że ludzie mówią o mnie - aktor, który grał Kurasia, Janka Serce, ale - mam nadzieję - uniknąłem tej jednej etykietki.

- Jednak stworzył Pan swojego bohatera, jakby wbrew wilczym prawom współczesności, który opowiada się za wartościami i etyką prawdziwego człowieczeństwa. Postać symbol - typ bohatera z wadami, słabościami, jednak wrażliwy, dobry, ludzki, pełen empatii...

- Ależ te role tak zostały pomyślane, napisane i wyreżyserowane. Oczywiście, było to
też zgodne z moim myśleniem o takiej postaci. Jeśli jesteśmy ludźmi, mamy świadomość własnego charakteru i okoliczności w jakich żyjemy. Często musimy dokonywać
określonych wyborów, pogodzić się z czymś, do czego nie mieliśmy wcześniej
przekonania. Każdy potrafi się z taką postacią identyfikować. Mnie szczególnie biorą role ludzi, którzy strasznie boją się tuż przed śmiercią, a pomimo to pokazują, że im nie zależy. To mnie wzrusza, to mnie bierze, bo wiem, że jemu żal życia, a tylko jego morale jest wyższe ponad chęć przeżycia za wszelką cenę. Ale tych ról nie było tak wiele, choć być może one właśnie były najbardziej zauważalne. W teatrze czy TV grywam przecież
Szwarc-charaktery - na przykład komisarza policji w "Żegnaj Judaszu"; jednym
z ważniejszych moim zdaniem epizodów w moim życiu było zagranie pułkownika UB
w "Człowieku z marmuru". Podobnie w przedstawieniu TV "małżeństwo Marii Kowalskiej" gram oficera śledczego UB. Lubię grywać takie, diametralnie różne, postacie.

- Na koniec spytam - jak Pan sądzi, czy nasz teatr reaguje na zapotrzebowania społeczne i dyskutuje te nawet najbardziej jątrzące sprawy?

- Oczywiście, że teatr nie odnajduje się w naszej rzeczywistości! Czy teatr miał kiedykolwiek szansę być natychmiast gotowy na to, żeby odpowiadać - co dzieje się
na ulicy, czy też w naszej świadomości? Nie miał takiej szansy i pewnie nigdy jej mieć nie będzie. Sam proces produkcyjny w teatrze wymaga przynajmniej rocznej zwłoki. Najpierw musi zaistnieć zdarzenie, potem to zdarzenie musi ktoś napisać-opisać; następnie tekst musi trafić do teatru i to zdarzenie trzeba zainscenizować. Jeśli napisać - to w kilka miesięcy, jeśli wystawić w teatrze - przynajmniej w trzy miesiące. Widzimy, że czas biegnie
i często następny tydzień niesie nowe zjawiska, które za pół roku, czy rok ludzie dawno zapomną. Rolę teatru widzę w uniwersalizmie tematów, czy też jakby podejmowaniu
grupy problemów, które wciąż nas nurtują, interesują, martwią. Gdybyśmy na przykład
w tym momencie wystawili sztukę o parlamencie 20-lecia międzywojennego - jakąś
sprawę, gdzie frakcje toczą ze sobą zażartą walkę, gdy na forum Sejmu cos się odbywa,
o coś chodzi - mielibyśmy szansę na co dzień porównać w TV, jak ci nasi posłowie czy senatorowie się zachowują; jak nasza rzeczywistość ma się do minionej. Ale takiej sztuki nie ma. Wydaje mi się, że dopóki teatr, film w Polsce nie przejdzie etapu przesytu rozliczeniowego, dotąd nie będzie jakakolwiek twórczość patrzeć do przodu. Dopóki ten fakt nie zaistnieje - nie będzie odlotu w innym kierunku!

- ...święte słowa, niestety!

- Poza tym to wszystko będzie musiał ktoś napisać, a więc trzeba stworzyć warunki do tego, aby powstał dobrze opłacany przemysł pisania scenariuszy i sztuk teatralnych, bo prawdą jest, że ilość przeradza się w jakość, a raczej: ilość rodzi jakość. Ale żeby do tych etapów doszło - musimy najpierw, w naszej ojczyźnie, mieć za co żyć.

- A póki co, teatr, kabaret i farsę - mamy przedstawiane w programach informacyj-nych telewizji: "Wiadomościach", "Faktach", "Dziennikach" itp. - ostatnio, niestety, dość mocno retuszowanych przez nową cenzurę obecnej ekipy rządzącej.



...

 

© Marek Różycki Jr.
kontakt: 0-503 340 846
e-mali:marrjr@interia.pl
...
 <<<...powrót do serwisu

...