<<<...powrót do serwisu

...

MAREK RÓŻYCKI Jr - urodzony w Zakopanem; dziennikarz, prozaik, felietonista, przez
wiele lat kierował działem literackim w "Tygodniku Kulturalnym", współredagował "Kulturę i Ty",
"TIM" - Tygodniowy Ilustrowany Magazyn,
"Scenę", magazyn "Pan". Współpracował m.in.
ze "Szpilkami", "Urodą", "Kobietą i Życiem", magazynem "Ona" i chicagowskim "Relaxem" - specjalizując się w wywiadach i felietonach.

Na początku lat 80. - tworzył program centralnego klubu studentów U.W. - "HYBRYDY", w którym jednocześnie prowadził pierwszy w kraju wolny od cenzury - Ośrodek Dyskusyjny "Od Siwaka do Bujaka".
Napisał m.in.: "Gwiazdy w oczach czyli Hollywood po polsku", "Koszt doskonałości", "Wisłocka
w pigułce", współredagował "Sukces w miłości" M.W.; "Noce bez czułości" [dwa wydania].
Na publikację czeka: "Karnawał w Sodomie", "Bazar Różyckiego" oraz wybór wierszy - "Tańczący
z myślami". Laureat wielu konkursów literackich. Pisał także felietony dla Programu Pierwszego Polskiego Radia - audycji Bogdana Fabiańskiego "Rozmowy przy muzyce po północy". Do niedawna felietonista "TIM"-u oraz "Zielonego Sztandaru". Obecnie współpracuje z prasą polonijną - m.in.: "Panoramą Polską" - Kanada, "Gwiazdą Polarną" - USA, "Spod Znaku Afrodyty" - Cypr-Grecja, "Kurierem Zachodnim" - Australia.

...

 

 

MAREK KONDRAT. Dyżurny Aktor Kraju

z MARKIEM KONDRATEM- rozmawia Marek Różycki Jr.
...

 

  Marek Kondrat jest aktorem, restauratorem, koneserem win i biznesmenem. 
Ma 58 lat. Jako aktor debiutował w wieku 11 lat w filmie "Historia żółtej ciżemki", grał też w serialu "Wojna domowa". Skończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, w której teraz wykłada. Występował w teatrach, zagrał między innymi w filmach: "Człowiek z żelaza" (1981), "C.K. Dezerterzy (1985), "Psy" (1992), "Pan Tadeusz" (1999), "Prawo ojca" (1999 - debiut reżyserski), "Dzień świra" (2002). Od ponad 30 lat ma tę samą żonę, jest ojcem dwóch synów. Jest współwłaścicielem restauracji Prohibicja, wraz z synem prowadzi sklep winny Winarium.

-------------------------------------------------------------

To Dyżurny Aktor Kraju - jak słusznie zauważył Stefan Friedmann, też aktor. Ostatnio aktor Kondrat z wielkim powodzeniem wcielał się w twardzieli ("Psy", "Ekstradycja", "Operacja Samum") - przykuwając widza kajdankami do ekranu. Podobno miał pojechać do USA, by uczyć Amerykanów jak robić filmy gangsterskie (sic!...). Poprzednio grywał wrażliwych mężczyzn szukających swojego miejsca na tym najpiękniejszym ze światów ("Zaklęte rewiry", "Smuga cienia"). Nie obca mu jest też swoista vis comica - czemu dał wyraz w komediach "C. K. Dezerterzy", "Pułkownik Kwiatkowski czy genialny "Dzień Świra". Jak widać aktor Kondrat jest uniwersalny, za każdym razem inny, zaskakujący, "wstrzelony w dziesiątkę".

Marek Kondrat jest ulubieńcem nie tylko publiczności oglądającej, ale też drogiej (coraz droższej) telewizji publicznej. Stosunkowo niedawno jednego tylko dnia mogliśmy go oglądać o tej samej porze w jej trzech programach(!), nie licząc bardzo wielu dowcipnych reklam znanego banku...

Ten perfekcyjny profesjonalista zajął się także reżyserią ("Prawo ojca") - czym kopiuje drogę zawodową naszej gwiazdy w eksporcie wewnętrznym - czyli Krystyny Jandy. Jednak w jednym z wywiadów stwierdził stanowczo, że śpiewać nie będzie, zasmucając rzesze wielbicielek. A przecież pan Marek mówił także, że ma satyryczny dystans do swego zawodu...
Ale to chyba z innej epoki, a może reklamówki?...

*

Pan Marek wciąż powtarza i udowadnia, że jest aktorem dyspozycyjnym. Powiedział mi: "Nie mam żadnych przerostów ambicjonalnych, ani jakichś takich wyobrażeń na temat swojej osoby; nie obce mi są różne gatunki (nie o wina chodzi... - przyp. red.). Może być film, teatr, estrada, kabaret, mogą być różne rzeczy i żadna nie powinna wzajemnie sobie szkodzić, tylko dopełniać warsztatowe umiejętności.

Kiedy spytałem Marka Kondrata, czy nie ma żadnych lęków, obaw, niepokojów - odpowiedział mi: "Prawdziwe wyzwania aktorskie wiążą się dla mnie na przykład z repertuarem romantycznym, natomiast żadna z ról filmowych czymś takim nie była. Jedyne obawy - jeżeli można to tak nazwać - dotyczą kontaktów z młodymi reżyserami, którzy mają własny "młody" światopogląd, inne poczucie smaku, estetyk czy humoru; operują pewnym odmiennym skrótem myślowym, posługują się nieco odmiennym językiem. To są sprawy, z którymi ja muszę się zmagać. Przyglądam się im, podglądam i próbuję mieścić się w tej całości z pewną obawą: czy ja nie jestem z innej epoki?...

Gdy pytałem o cenę sztucznego wywoływania i przeżywania emocji, co Marek Kondrat robi dla higieny psychicznej - usłyszałem, że - "taka higiena jest nieodzowna w tym zawodzie, który absolutnie może nas wyrzucić na manowce człowieczeństwa. Dla mnie taką higieną jest samo życie i ucieczka do tego życia w jego najbardziej podstawowych, prostych, zwykłych wymiarach - w każdej chwili, kiedy nie uprawiam tego zawodu. Swoistym paradoksem jest, że treścią, bazą, czy powodem, dla którego uprawiamy ten zawód - jest takie samo życie. Ono jest w jakiś naturalny sposób przez nas przetwarzane, czy też jest ono, jak gdyby, naturalnym dostawcą naszych środków przekazu, wyrazu, a czasem i samych treści. Trzeba być tylko wyczulonym na jego przejawy i bystrym obserwatorem. Natomiast rzeczą nieodzowną jest zachowanie człowieczeństwa! Stanisław Witkiewicz - ojciec, pisał kiedyś o tym do syna: "Żeby być artystą, trzeba się przede wszystkim zachowywać po ludzku". Jestem blisko tej wersji, że trzeba być przede wszystkim człowiekiem, żeby móc być artystą!"

"Zaklęte rewiry", "Pokój z widokiem na morze", "Smuga cienia", "Danton", "Dziecinne pytania", "Dom wariatów", "C. K. Dezerterzy", "Pułkownik Kwiatkowski", "Dzień Świra" czy kabaret Olgi Lipińskiej sprawiły, że dostrzegłem w tym, co robi Marek Kondrat, sporo ironii wobec samego siebie, kreowanych postaci, świata.
Aktor przyznał mi rację. Wyznał, że wynika to po części z krytycyzmu czy też dążenia do perfekcjonizmu - co czasami jest paraliżujące. Ideałem by było - kontynuował Marek Kondrat - utrzymywanie się na takiej bardzo cienkiej, czerwonej linii czegoś, co nazywamy taktem, a takim przewaleniem w stronę kreacji, ale co jednak unosi rzeczywistość troszkę ponad. To jest ten model idealnej kreacji, który oczywiście w swym zamyśle nie powinien popaść w jakieś bałwochwalstwo, w kabotynizm - krótko mówiąc. Ale tego wszystkiego można się uczyć, byleby to była nauka w dobrym towarzystwie, które zawsze gwarantuje jakiś poziom.

Wiedziałem, że Marek Kondrat ma swojego Mistrza, który wpłynął na jego wykształcenie i na światopogląd związany z zawodem. Poprosiłem więc, by aktor w wielkim skrócie zdradził mi filozofię tego zawodu, którą przekazał mu Gustaw Holoubek.
Usłyszałem: definicję dobrego aktorstwa wyznacza talent, osobowość, interpretacyjna wrażliwość, umiejętności warsztatowe, ale to nie gwarantuje sukcesu. Życie i sztuka - są to sprawy jak gdyby współistniejące i wpływające nawzajem na siebie; natomiast absolutnie rozdzielne, jeśli chodzi o egzystencję człowieka, jakim jest aktor. Z tego wynikają wszystkie inne konsekwencje: bycie sobą w tej sztuce; interpretacja świata wedle własnej wiary i tolerancja dla innych postaw; poszukiwanie poezji dookoła siebie, jako podstawowego środka treści wyrazu i zhierarchizowanie tego w sposób niezwykle świadomy, taki, w którym znajdujemy swoje miejsce. Jeśli mówię o poezji - to myślę o sposobie nazywania świata, czy patrzenia na świat. To się nie zawiera tylko w tomiku wierszy. Poezję odczuwam - z tego przekazu Mistrza - jako próbę dociekania, próbę nazwania pewnych sytuacji wedle własnej wrażliwości, ale także wrażliwości innych ludzi; bycie otwartym na innych ludzi. I wyniesienie tego, co się robi - ponad codzienność, publicystykę, to co odróżnia sztukę od regularnej powszedniości nieodświętnego dnia.

Na koniec naszej rozmowy oczekiwałem od Marka Kondrata pewnej konfrontacji rad jego Mistrza z przekazem jego ojca, też aktora, który zapewne również zdradzał panu Markowi tajniki zawodu.
- Z ojcem mało prowadziliśmy rozmów na temat własnej osoby w tym zawodzie - usłyszałem z ust pana Marka. - Ojciec nigdy nie udzielał mi specjalnych rad, a także mało szczodrze opiniował się moje dociekania i osiągnięcia. Natomiast dla mnie - wyznał Marek Kondrat - jest niewątpliwie łatwiejsza egzystencja w tym zawodzie z racji tego, że mam poczucie jakiegoś okresu minionego - teatru, który był innym teatrem niż ten dzisiejszy, ale nie do końca. I to jest zawarte w tym moim wyznaniu wiary w ciągłość, tradycję, w coś, co ewolucyjnie przechodzi i daje mi poczucie bezpieczeństwa na przyszłość.

Usłyszałem: Teatr w swojej dziedzinie jest niezmienny i to jest jego walor podstawowy. Nie polega także na repertuarze, bo ten - jest powielany od z górą dwóch tysięcy lat i zawsze będzie aktualny, ponieważ magia tych dzieł najwyższej próby polega na tym, że cały czas zadaje pytania współczesnemu człowiekowi, na które nie ma jak dotąd zdecydowanych i jasnych odpowiedzi; od być albo nie być? - począwszy. I to jest właśnie genialne, że cały czas jest widz, który te pytania stawia sobie stawia sobie przy pomocy teatru. Klasycy są bogaci przez wszelkiego rodzaju interpretacje, na jakie pozwalają. A środkiem jest wypowiedź żywego człowieka wobec innych ludzi - przy pomocy tekstu - do żywego człowieka. Ten świat teatru mnie uwodzi. Ta umowa jest czymś fantastycznym, bo dotyczy przede wszystkim wyobraźni ludzkiej, czyli czegoś, co może budować najwspanialszy dramat. Zawsze zdobywanie szklanej góry przez rycerza - jest o wiele bardziej dramatyczne, niż potrącenie człowieka na pasach. Dla sztuki, oczywiście...

- A co z tego wszystkiego wynika dla mnie?....

- Przecież znasz przesłanie z "Dnia Świra"... " Niee, to nie do wiary, niee to być nie może! Osiem lat podstawówki, cztery - liceum, pięć - bite studiów, dyplom z wyróżnieniem; 20. lat praktyki i oto mi płacą. Jakby ktoś dał mi w mordę. Ja pie*dolę, ku*wa! O bracia poloniści, siostry polonistki; 130. było nas na pierwszym roku. Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy, że oto nas przyjęto do Szkoły Poetów. Szkoła Poetów! Dżizus ku*wa, ja pie*dolę. Przez pięć lat stron tysiące! Młodość w bibliotekach!... A potem bida, bida i rozczarowania, bida i upokorzenia. A potem beznadzieja i starość pariasa!... Wszechporażająca nas wszystkich pogarda władzy od dyktatury aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero! Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic?! Czy czerwona, czy biała - jestem dla niej śmieciem! Ku*wa, pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku?! Ktoś by się ze mną liczył, gdybym rzucił cegłą! A przecież stanowimy sól ziemi, Tej ziemi! Nie jesteśmy prymitywną siłą! Dyktaturami zawsze wstrząsają poeci. Wtedy nas potrzebują zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy, które nie widzą dalej...."




...

 

© Marek Różycki Jr.
kontakt: 0-503 340 846
e-mali:marrjr@interia.pl
...
 <<<...powrót do serwisu

...