<<<...powrót do serwisu

...

MAREK RÓŻYCKI Jr - urodzony w Zakopanem; dziennikarz, prozaik, felietonista, przez
wiele lat kierował działem literackim w "Tygodniku Kulturalnym", współredagował "Kulturę i Ty",
"TIM" - Tygodniowy Ilustrowany Magazyn,
"Scenę", magazyn "Pan". Współpracował m.in.
ze "Szpilkami", "Urodą", "Kobietą i Życiem", magazynem "Ona" i chicagowskim "Relaxem" - specjalizując się w wywiadach i felietonach.

Na początku lat 80. - tworzył program centralnego klubu studentów U.W. - "HYBRYDY", w którym jednocześnie prowadził pierwszy w kraju wolny od cenzury - Ośrodek Dyskusyjny "Od Siwaka do Bujaka".
Napisał m.in.: "Gwiazdy w oczach czyli Hollywood po polsku", "Koszt doskonałości", "Wisłocka
w pigułce", współredagował "Sukces w miłości" M.W.; "Noce bez czułości" [dwa wydania].
Na publikację czeka: "Karnawał w Sodomie", "Bazar Różyckiego" oraz wybór wierszy - "Tańczący
z myślami". Laureat wielu konkursów literackich. Pisał także felietony dla Programu Pierwszego Polskiego Radia - audycji Bogdana Fabiańskiego "Rozmowy przy muzyce po północy". Do niedawna felietonista "TIM"-u oraz "Zielonego Sztandaru". Obecnie współpracuje z prasą polonijną - m.in.: "Panoramą Polską" - Kanada, "Gwiazdą Polarną" - USA, "Spod Znaku Afrodyty" - Cypr-Grecja, "Kurierem Zachodnim" - Australia.

...

 

 

N U M E R
(Moja niezapomniana, najdziwniejsza randka)

Opowiadanie radiowe Marka Różyckiego jr.
...

 

 

 

Wartość telefonu polega na tym, co
dwoje ludzi ma sobie do powiedzenia.
Oscar Wilde

Pierwsza w nocy. Wybudzony dzwonkiem telefonu znad klawiatury komputera - podejmuję słuchawkę. Zalewa mnie potok słów.

- I ty możesz tak żyć? - spytała z lekceważeniem. - Jesteś ślepy i głuchy
na wszystko, co cię otacza. Żyjesz tylko sobą i dla siebie. Nie, nie popełniasz błędów, bo ty w ogóle przestałeś żyć. Nawet już nie wiem, czy kiedykolwiek żyłeś!

Słowa wyrzucała szybko, jak pociski z karabinu maszynowego, jej głos przeszedł
w chrapliwy dyszkant. - Jesteś jak kamień na drodze. Można go kopnąć, przejść
obok, nie zauważyć. Można też się przewrócić. Ale nie ciesz się. Nawet ten, kto się przewrócił, pójdzie dalej swoją drogą. Od tej chwili będzie tylko uważniej patrzył pod nogi. Ale ty zostaniesz. Aż miną cię wszyscy. I nie będziesz nawet potrzebny, jako świadek ich drogi; drobny element dekoracji w sztuce ich życia. Jesteś martwy od urodzenia. Jesteś trupem...

Wytarła nos i wzięła głębszy oddech. - Co ty w ogóle możesz wiedzieć o miłości. Zamknięty, zaskorupiały w swoim nieudacznictwie, z którego zrobiłeś sztandar... Jesteś żałosnym starym gówniarzem. Można ci tylko współczuć, bo nawet obrazić
cię nie sposób. Nie jesteś człowiekiem.

Poprawiłem słuchawkę telefonu, którą przytrzymywałem między głową a barkiem. Przypaliłem papierosa zapałką, którą właśnie skończyłem czyścić paznokcie.
Milczałem. Uciekłem myślą w przeszłość - tak nierealną, że wydawała mi się ułudą, baśnią z tysiąca i jednej bezsennej nocy. Tak, jeśli związek dwojga ludzi ma rację bytu w różnicach - jak mówią - to mój związek mógłby służyć innym za przykład.
A jednak odtrącałem myśl o kobietach starających się mnie zrozumieć i jakoś do mnie dopasować. Z niechęcią myślałem o tych zaborczych, walczących, uległych, które próbowały owinąć się wokół mnie niczym bluszcz. Nie reagowałem na ich sygnały.
Nie ufałem im. Nie potrafiłem prowadzić gry. Nie próbowałem nawet.

W kinie pamięci zachowałem tylko jeden film. Obraz , który nieustannie wygrywał rywalizację z otaczającą mnie rzeczywistością. Raz widziałem go jako komedię, farsę, brukowy romans; czasem zaś czułem się bohaterem dramatu, w którym wikłałem zakończenie, by doprowadzić do happy endu. Próbowałem różnych sztuczek, ale
finał zawsze był ten sam. Bez sensu dla mnie.

Poczułem fale gorąca oblewające ciało. Znajomy zawrót głowy, ucisk w skroniach. Twarz zaczęła palić, jak po nartach, kiedy w schronisku piliśmy herbatę - już bezpieczni, jeszcze pełni emocji. Delikatnie odłożyłem gadającą słuchawkę na biurko. Otworzyłem okno. Rozpiąłem koszulę. Nocne powietrze stało się prawdziwą ucztą dla płuc.

Byłem zaskoczony jej wyzwaniem. A może przeczuwałem, że tak musi się stać... Zawsze bałem się szczęśliwych spełnień. Nie dowierzałem im. "Gdy Bóg pragnie nas ukarać, spełnia nasze prośby i błagania"- przemknęła mi przez głowę prześmiewcza myśl aforysty. Jednak byłem zaskoczony, kiedy rzuciła mi w twarz: "O mnie trzeba walczyć!" Pierwszy i jedyny raz uderzyłem ją, a ona śmiała się wyzywająco. Prowokowała mnie, jak wszystkich mężczyzn dookoła, którzy byli z nią, a z którymi
nie była. Stałem odrętwiały, śmieszny, wzruszająco naiwny, zakochany...

Mechanicznie wziąłem słuchawkę.

- Wahałam się, ale w końcu ci zaufałam. Nie możesz mnie tak zostawić! Nie jestem przedmiotem! Czuję ból, rozpacz... Cierpię. Zrobię wszystko, żeby być z tobą. Nie rozumiem - przecież nie byłam ci obojętna. Dlaczego?!

Przyciągnąłem telefon do łóżka. Położyłem się ze słuchawką przy uchu. Byłem potwornie zmęczony i rozdrażniony. Tak bardzo chciałem kochać każdą komórką swojego ciała i być kochanym! Ale od tamtego pamiętnego zdarzenia coś we mnie pękło. Stałem się przeraźliwie pusty. Nic nie brałem, ale też nie potrafiłem nic z siebie wykrzesać. Nie budowałem sobie ołtarzy i przestałem stawiać je innym. Nie wyobrażałem sobie już czegokolwiek. Czasem tylko świtała myśl zdrożna:
Może by tak raz jeszcze pochwalić dzień przed zachodem słońca... ZARYZYKOWAĆ. Przeczytałem gdzieś, że w miarę jak człowiek staje się śmielszy, przestaje się wszystkiego bać i waży się kogoś kochać - jego obowiązek wobec tego, czego się
boi, przeradza się w poczucie obowiązku wobec tego, kogo kocha. Zastanowiłem się przez moment nad rolą miłości w swoim życiu. Skoro MIŁOŚĆ potrafi nadać mu sens, działa motywująco, jest siłą napędową...

Obudziłem się z odrętwienia. Zdecydowałem się wreszcie przerwać atak spazmatycznego płaczu w słuchawce.

- Pani się myli... Mylisz się - poprawiłem się bezwiednie. - Przykro mi,
ale połączyłaś się z innym numerem... Masz piękny głos...

Po chwili milczenia dodałem - Zaopiekuj się mną...

Po drugiej stronie słuchawki zapadła martwa cisza, a po chwili usłyszałem:
- To ja nie rozmawiam z Jankiem?... - I tu padł numer telefonu.

- Nie, połączyłaś się z Markiem. Pomyliłaś ostatnią cyfrę numeru. Zamiast 9, wybrałaś 0... Ale to nic - śpiesznie łapałem kontakt z dziewczyną - musimy bardzo blisko siebie mieszkać... Może nawet na tej samej ulicy... Przecież reszta cyfr się zgadza... Nie mogę pozostawić Cię w tak kiepskim nastroju... A tak w ogóle to i ze mną nie jest najlepiej...

- Przepraszam pana, bardzo przepraszam... Mam na imię Magda i sam pan usłyszał, jak mnie dopadło... Jest mi strasznie wstyd...

- Malutka, ale ja chcę Ci pomóc wykaraskać się z tego dołka - Powiedziałem to bezwiednie, dość egoistycznie myśląc o stanie mej duszy i nerwów. - Czy Ty przypadkiem nie mieszkasz na Klaudyny?...

- Przestraszyłam się, Marku; jesteś jasnowidzem?! Tak, mieszkam
na Klaudyny 12...

Doznałem porażenia zmysłów. Przecież to "mój" blok!!!

- Przepraszam Cię, może to nie na miejscu pytanie, ale jak wyglądasz?

- Dlaczego chcesz wiedzieć? - W głosie Magdy usłyszałem nieufność i rezerwę.

- Wyobraź sobie, że mieszkamy w tym samym bloku i ja... pewnie Cię znam...
- Mój głos sumienia kolejny raz przechodził mutację...

- Jestem szczupłą blondynką, średniego wzrostu a na spacery wychodzę
z dużą wilczycą , w zasadzie owczarkiem alzackim, Dianą...

- To znam Cię z widzenia... Ciągle wypatruję Ciebie z okna, a jak już wychodzisz
z Dianą, ja schodzę do samochodu i pod pretekstem naprawy czegoś tam...
pochłaniam Cię wzrokiem...

- To Ty... Wkurzasz mnie, że nigdy do mnie nie odezwiesz się ani słowem...

- Znam nawet numer Twojego mieszkania... Czy skoro opieprzyłaś mnie, jak
święty Michał diabła, niemal jak żona męża w czasie klimakterium - zaprosisz
mnie na nocną kawę?

W słuchawce usłyszałem śmiech. - Niezły numer z ciebie! Czekam za piętnaście minut...



...

 

© Marek Różycki Jr.
kontakt: 0-503 340 846
e-mali:marrjr@interia.pl
...
 <<<...powrót do serwisu

...