<<<...powrót do serwisu

...

MAREK RÓŻYCKI Jr - urodzony w Zakopanem; dziennikarz, prozaik, felietonista, przez
wiele lat kierował działem literackim w "Tygodniku Kulturalnym", współredagował "Kulturę i Ty",
"TIM" - Tygodniowy Ilustrowany Magazyn,
"Scenę", magazyn "Pan". Współpracował m.in.
ze "Szpilkami", "Urodą", "Kobietą i Życiem", magazynem "Ona" i chicagowskim "Relaxem" - specjalizując się w wywiadach i felietonach.

Na początku lat 80. - tworzył program centralnego klubu studentów U.W. - "HYBRYDY", w którym jednocześnie prowadził pierwszy w kraju wolny od cenzury - Ośrodek Dyskusyjny "Od Siwaka do Bujaka".
Napisał m.in.: "Gwiazdy w oczach czyli Hollywood po polsku", "Koszt doskonałości", "Wisłocka
w pigułce", współredagował "Sukces w miłości" M.W.; "Noce bez czułości" [dwa wydania].
Na publikację czeka: "Karnawał w Sodomie", "Bazar Różyckiego" oraz wybór wierszy - "Tańczący
z myślami". Laureat wielu konkursów literackich. Pisał także felietony dla Programu Pierwszego Polskiego Radia - audycji Bogdana Fabiańskiego "Rozmowy przy muzyce po północy". Do niedawna felietonista "TIM"-u oraz "Zielonego Sztandaru". Obecnie współpracuje z prasą polonijną - m.in.: "Panoramą Polską" - Kanada, "Gwiazdą Polarną" - USA, "Spod Znaku Afrodyty" - Cypr-Grecja, "Kurierem Zachodnim" - Australia.

...

 

 

POPLOTKUJMY O ŻYCIU...

Z DOROTĄ STALIŃSKĄ plotkuje Marek Różycki jr.
...

 

  - Pani Doroto, powiem szczerze - podziwiam kobiety o nieco męskim charakterze
i podejściu do życia, ale i boję się ich... Na przykład: co by Pani poradziła tym wszystkim kobietom, które cierpią i nadal tkwią w niesatysfakcjonujących,
toksycznych związkach?

- Takie osoby szczególnie zapraszam na spektakl "Zgaga", czyli opowieść o tragicznych skutkach poplątania jedzenia z miłością. Wielu ludzi przychodzi w depresji, a wychodzi rozbawionych, bogatszych o nowe przemyślenia. Poza tym, drogie panie - bo zwracam
się głównie do pań - wystarczy spojrzeć w lustro: jesteście piękne, świat jest piękny i ze wszystkim dacie sobie radę, SAME!....

- ...chyba nieco za dużo tej emancypacji! Teraz w gabinetach psychologów
i psychoanalityków siedzą przeważnie sami mężczyźni... To Wy, kobiety, wciąż wpędzacie nas w poczucie mniejszej wartości! Nie za wiele od nas wymagacie?...
My już rodzimy się ze słabszym systemem nerwowym od kobiet! Potrzebujemy
więcej ciepła i stabilności uczuciowej!.. No tak, Pani trudno odmówić wiary w siebie... Skąd w Pani taka siła?

- To się wynosi z domu. Mój tatuś był rektorem Politechniki Gdańskiej, miał wielki umysł, mamusia pracowała w NOT. Rodzice zaszczepili nam kanon niepodważalnych wartości: wiarę w słuszność walki o swoje racje i potrzebę realizacji swoich marzeń, czyli wiarę
w siebie. Mówili nam, że to, jak będzie wyglądało nasze życie, zależy wyłącznie od nas! Rodzice traktowali nas, dzieci, jak partnerów, nikt nam w domu niczego nie narzucał, nie rozkazywał. Podobnie wychowałam swojego syna.

- Paweł ma 19 lat. To już prawie mężczyzna. Jest Pani z niego dumna?

- Bardzo! Jest już dorosły i niezależny - jeździ własnym samochodem, zarabia
i... jest moim partnerem biznesowym.

- Niezmiernie szybko go Pani usamodzielniła.

- Ależ zrobił to sam, ja mu tylko podsuwałam wcześniej odpowiednie lektury. Paweł już
w wieku 13 lat miał swoje pieniądze... Jeszcze mieszka ze mną, ale już za moment, kiedy zacznie studiować, wyprowadzi się. Tak ustaliliśmy dawno temu... Żeby być naprawdę niezależnym, trzeba opuścić rodzinne gniazdo. To szczególnie pomaga, by nawet mieć własne zdanie, poglądy! My przyjaźnimy się, kumplujemy, kochamy.
Rozmawiamy ze sobą o wszystkim, radzimy się siebie we wszystkim, absolutnie nie unikamy trudnych tematów; wspólnie podejmujemy wszystkie decyzje.... Mogę też
zawsze na niego liczyć; nieraz słyszę od synka: "Mamuś, nie przejmuj się, damy radę!".

- ...a jak było wcześniej?

- Paweł był dzieckiem niełatwym. Mówiłam mu zawsze: "Jesteś tak uparty, jak twoja
matka" - zawsze chciał postawić na swoim. Ale od początku starałam się z nim wiele rozmawiać. I poprzez rozmowy, a nie nakazy i zakazy, rozwiązywaliśmy konflikty.
Pewnego razu, kiedy mój synek był malutki, skoczył sobie z parapetu. Na szczęście
się nie potłukł, ale rzeczywiście mogło być różnie. Chociaż byłam zdenerwowana, nie nakrzyczałam na niego, a po prostu pokazałam mu, jak to można robić bezpiecznie. Skoczyliśmy kilka razy we dwoje, aż się nauczył. To taka nieco "metafora" naszych
relacji i wzrastania mego syna w bardzo przyjaznej atmosferze.

- A wiek dojrzewania? Tu już nie chodzi o zakazy.

- Tak, musieliśmy wspólnie przejść przez ten trudny czas negacji. Nieraz ciężko było mi się porozumieć z synkiem. Ale właśnie wtedy opracowałam 30-punktową ankietę dla dwojga ludzi żyjących pod wspólnym dachem.

- Pomogło?

- Tak. Dzięki niej dowiedziałam się, co najbardziej denerwuje syna w moim zachowaniu,
a on dowiedział się, co mnie irytuje w jego postępowaniu... i znaleźliśmy kompromis - ja przestałam codziennie pytać, czy odrobił lekcje, on zaś przestał puszczać swoje jazgotliwe bajki w salonie...

- Bardzo mądre... Ale w tym wieku słyszy się różne przykre słowa, np. "Nienawidzę cię" albo szantaż w stylu "Wyprowadzę się z domu"...

- Zgoda. Ale przecież i dorośli mówią do siebie różne rzeczy, a wcale tak nie myślą. Nauczyłam się nie brać sobie do serca tego, co dziecko mówi w złych emocjach. Sama też nie byłam aniołem i potrafiłam nieraz nakrzyczeć na Pawła. Ale w porę odkryłam magiczne słowo "przepraszam". Lwia większość rodziców nie używa w ogóle(!) takiego słowa
w stosunku do dzieci. A to ich wielki błąd.

- Chłopak potrzebuje jednak męskiego wzorca...

- Na szczęście dla Pawła potrafię więcej rzeczy niż niejeden mężczyzna! I kran naprawię,
i meble przerobię, i światło założę... Mężczyźni zresztą nie mają czasu na rozmowy
z synami. Muszą utrzymać dom. Całe wychowanie spada na kobiety. A ja i pracowałam,
i wychowywałam Pawła. Jak byłam w ciąży, to ostatni koncert zaśpiewałam miesiąc przed porodem. Po urodzeniu syna od razu wróciłam do pracy w filmie. Chyba byłam pierwszą aktorką, która zażądała przyczepy na planie. Powiedziałam bowiem sobie, że nie ma takiej możliwości, aby mój syn nie był karmiony, nie był ze mną. Poświęciłam mojemu dziecku sporo czasu. Ale nie żałuję żadnej z ról, których nie przyjęłam w tym czasie....

- A co z męskimi zajęciami, których uczą ojcowie?

- Ja Pawłowi zaszczepiłam miłość do wszelkich sportów - od małego jeździliśmy konno,
na nartach, pływaliśmy na żaglach, graliśmy w tenisa, ping-ponga...
W czerwcu był na Helu i latał na kitesurfingu. Zadzwonił do mnie i mówił, że chce mi złożyć życzenia z okazji mojego święta. "Jakiego święta?" - pytam. Przecież był już Dzień Matki
i moje urodziny. A on odpowiada: Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Ojca. (śmiech)

- Czy Paweł ma już ukochaną - dziewczynę?

- Tak. To jest jego pierwsza miłość.

- Zaakceptowała ją Pani?

- Jak mogłabym nie zaakceptować dziewczyny, którą on pokochał?! Zupełnie nie jest
do mnie podobna. Ale to urocza młoda osoba, bardzo ją lubię i cieszę się, że Paweł
jest z nią szczęśliwy. Tak buduje się zdrowe relacje!

- Czy myśli Pani, że będzie dobrą synową?

- Nie wiem, ja unikam takich określeń. Jesteśmy na zawsze związani tylko ze swoimi dziećmi i rodzicami. Natomiast nigdy nie ma gwarancji, że ludzie, którzy się teraz kochają, będą się kochali za 20 lat. Dlatego ja uważam, że jest jakieś oszustwo w przysiędze małżeńskiej. Nie możesz przysięgać: "nie opuszczę cię aż do śmierci" w imieniu osoby, której nie znasz, a którą będziesz za 30 lat. Natomiast jeśli nam się już przydarzy miłość,
to należy ją nieustannie pielęgnować i hołubić! Starałam się nauczyć tego Pawła, a także uczulić go na to, aby nie miał nadmiernych oczekiwań w stosunku do drugiej osoby, aby szanował jej odmienność.

- Pani jest teraz sama?

- Ja nie jestem sama, jestem z synem. Nigdy nie będę sama. Syn zawsze nosi matkę
w swoim sercu. Pewnie, że kiedy pokocha jakąś kobietę, to ona jest wtedy na pierwszym miejscu. Ale matka to matka.

- Dlaczego z nikim się Pani nie związała? Nie szukała Pani nowego partnera?

- Kiedy urodził się syn, który jest największym darem od Boga, najważniejszym obowiązkiem było zapewnienie mu dobrego, radosnego, bezpiecznego życia oraz wychowanie go na fajnego człowieka i czułego, troskliwego faceta. Syn był moim priorytetem.

- Obawiała się Pani, że trzecia osoba może w tym przeszkodzić? Bała się
Pani nowego związku?

- Kierowałam się maksymą: nas trzeba pokochać we dwoje. Nie pozwoliłabym nigdy,
aby moje dziecko zeszło na dalszy plan, a jego wychowaniem zajęły się jakieś babcie
i ciocie.... Zwłaszcza, że nie mieliśmy takowych.

- A nie ma Pani świadomości, że poświęciła spory kawałek swojego życia wyłącznie
dla syna?

- Poświęcenie to jest coś, co nas bardzo drogo kosztuje, czego potem żałujemy
i co łatwo wypominamy drugiej osobie. Natomiast w moim przypadku był to mój wybór,
z własnej woli oddałam synowi te 20 lat. I jestem szczęśliwa, że mogłam mu tyle dać, przecież nauczyłam go dziesiątek rzeczy... Pamiętam, jak pewnego dnia zadzwonili
koledzy, Paweł miał wtedy może 16 lat, i chcieli go gdzieś wyciągnąć. A synek mówi do słuchawki: "Nie chce mi się, tak fajnie siedzimy sobie z mamą i gramy w szachy".

- Musi być Pani fajną matką.

- Moje dziecko zawsze wiedziało, że jest kochane. Mówiłam mu przynajmniej raz dziennie: "Kocham cię, synku". I do dziś dnia tak jest.

- Kiedyś Paweł ułoży sobie życie... Co wtedy?

- Ależ on już ma swoje życie... Niedługo się wyprowadzi ode mnie, jak tylko zacznie studiować... Chociaż mój dom pozostanie zawsze jego rodzinnym domem i myślę też,
że będzie tu częściej bywał, niż się tego spodziewam... Ale nie, nie zatrzymuję go. To by było chore. Mam takie koleżanki, które wpadają w depresję i histerię, kiedy ich dzieci odchodzą. Ja nie. Chciałabym, aby Paweł jak najszybciej ułożył sobie życie.

- Nie mówię o sobie..., ale większość ludzi żyje w parach. Na takie jak Pani, wyzwolone, atrakcyjne kobiety, patrzy się niechętnie, niechętnie zaprasza się je
na przyjęcia, do domu, bowiem stanowią pewne realne zagrożenie dla żon... Nic
Pani nie traci?

- To jest w ogóle poza mną, może ja jestem jakiś dziwny, i n n y człowiek. Mnie
to wszystko mało zajmuje.

- A po prostu bycie z mężczyzną?

- Nie rozumiem zupełnie zachowań tych kobiet, które myślą, że jak jeden gość odchodzi,
to musi się pojawić następny. Poza tym jest pewna norma doznań przypisanych człowiekowi w ciągu życia; ja już jej doświadczyłam.... Tym bardziej nie widzę powodu,
aby być z kimś na siłę.

- I jest Pani szczęśliwa?

- Tak! Czy tego nie widać? Dana mi została przez Boga miłość najwyższego lotu. Agape -
to absolut miłości. Moją misją jest czynienie dobra i działanie na rzecz innych ludzi, także
w Fundacji....

- Nie dam Pani spokoju... Nie chciałaby Pani wypłakać się na męskim ramieniu?

- Fakt, że usiądziemy i zaczniemy płakać, nie posunie niczego do przodu. Wypracowałam sobie niezależność i nie zamieniłabym jej na nic! Jak mówi porzekadło: "Bądź mądry i pisz wiersze"... A ja już wydałam trzeci tomik właśnie pod tytułem "Agape"...

- A cięższe chwile, choroby?

- Jestem jak zwierzę, które gdy jest ranne, idzie do lasu. Jak się wyliże, wraca, a jak nie,
to tam zdycha. Rozumiemy się?...

- A jeśli mimo wszystko któregoś dnia zabije Pani mocniej serce?

- Jeśli to będzie miłość, to nie będę jej przeszkadzać....

- ...wcieliłem się w kobietę, aby z Panią poplotkować, a Pani taka męska, silna
i twarda kobieta jest....

------------------------------------------------

Biografia:


Dorota Stalińska aktorka - ur. 1 czerwca 1953 r.
Z pochodzenia gdańszczanka, ale aktorstwo studiowała na PWST w Warszawie. Dyplom uzyskała w 1976 roku.

W latach 1976-1981 występowała w Teatrze na Woli pod dyrekcją Tadeusza Łomnickiego. Grała tam znaczące role klasyczne i współczesne. W 1977 roku zrobiła swój pierwszy, samodzielny monodram - "Tabu", za który otrzymała główną nagrodę na Ogólnopolskim Festiwalu Jednego Aktora w Toruniu.

W 1976 debiutowała w filmie małą rolą w wielkim "Człowieku z marmuru" Andrzeja Wajdy. W tym samym roku pojawiła się w "Niedzielnych dzieciach" Agnieszki Holland.

Do grona najpopularniejszych polskich aktorek dołączyła po swoich występach w między innymi biograficznym "Miłość ci wszystko wybaczy" (1981) Janusza Rzeszewskiego, "Debiutantce" (1982) Barbary Sass, "Krzyku" (1982) Barbary Sass oraz "Lata dwudzieste... lata trzydzieste" (1983) Janusza Rzeszewskiego. W latach 80. pojawiła się także między innymi w takich przebojach jak: "Seksmisja" (1984) Juliusza Machulskiego, "Dziewczęta z Nowolipek" (1985) Barbary Sass według powieści Poli Gojawiczyńskiej, "Ga, ga: Chwała bohaterom" (1985) Piotra Szulkina, "Dekalogu III" (1988) Krzysztofa Kieślowskiego, "Ostatnim dzwonku" (1989) Magdaleny Łazarkiewicz, a następnie w "Historii niemoralnej" (1990) Barbary Sass i "Ferdydurke" (1991) Jerzego Skolimowskiego.

Gościnnie pojawiła się także w serialach "M jak miłość" (2004) i w "Niani" (2006).
Wystąpiła również w "Rysiu" (2007) Stanisława Tyma, kontynuacji kultowego "Misia" (1981) Stanisława Barei.

Mistrzyni monodramu - w sztuce "Zgaga" w roli kobiety po przejściach. Aktorka śpiewająca - wciąż można usłyszeć jej koncert "Kolory miłości". Poetka - ostatnio wydała trzeci tomik wierszy pt. "Agape".

Dorota Stalińska jest laureatką prestiżowych nagród, m.in. nagrody im. Zbigniewa Cybulskiego przyznawanej przez miesięcznik "Kino".
Była żoną nieżyjącego już aktora Krzysztofa Kołbasiuka.

(oprac. JAK)




...

 

© Marek Różycki Jr.
kontakt: 0-503 340 846
e-mali:marrjr@interia.pl
...
 <<<...powrót do serwisu

...