| |
Mamy rok 1970. Na rynek trafia perfekcyjny album "Guilty" w całości przygotowany przez Barry'ego Gibba (Bee Gees) dla Barbry Streisand. Kto dziś nie pamięta wielkich przebojów "Woman in love", "Guilty" czy "What kind of fool" - dwa ostatnie to także pełne wsparcie wokalne Gibba (nie tylko chórki).
W dwudziestą piątą rocznicę jaka niedawno minęła od wspomnianej premiery, dostajemy w nasze ręce po pierwsze zremasterowaną
wersję owego wielkiego albumu, po drugie zaś całkiem nowy krążek
z tytułem "Guilty pleasures".
Lata mijają a ich kolejne spotkanie przynosi jedenaście równie pięknych kompozycji. Bo już od wielu lat Barry Gibb przyzwyczaił nas, że czego
się dotknie, błyszczy od razu niezwykłym blaskiem.
Jedyne co się zmieniło to czasy, w których przyszło nam żyć, a wraz
z nimi sposób odbierania muzyki, którą dostajemy oraz to jaką chcemy słuchać.
Niestety więc ta piękna, przesycona słodyczą, miłością i harmonią wokalną płyta, spodoba się nielicznym. Tym najbardziej wytrwałym
ale i wrażliwym na cudny wokal Barbry oraz specyficzny i od razu wychwytywany sposób śpiewania jednego z dwóch żyjących słynnych braci.
Gdy przed dwoma laty zmarł Maurice, Robin z Barry'm obiecywali,
iż Bee Gees przetrwa i tę próbę. Póki co zespół nie powraca a bracia eksperymentują solo. Najpierw Robin wydaje solowy LP a Barry tworzy ale dla innych. Wymieńmy chociażby współpracę z Cliffem Richardem
i teraz fantastyczny LP Barbry.
Ciężko jest wybrać najmocniejszą stronę krążka "Guilty pleasures", bo płyta jest niezwykle dopracowana, spójna i po prostu piękna. Zarzucić można jej jedynie to, iż nie ma na niej tak oczywistego następcy "Woman in love". Ale osobiście myślę, że współpracująca po tak długiej przerwie para, o tym wcale nie myślała.
Album, który jest również dostępny w naszych sklepach, powinni więc zakupić wszyscy fani wielkiej divy muzycznej sceny ale i fascynaci Bee Gees, bo w zasadzie we wszystkich jedenastu numerach głos ich ulubionego teamu, jest wyjątkowo eksponowany. Bardziej niż na pierwowzorze z 1970 roku.
Czy więc z tak równej płyty da się coś wyodrębnić, na co chciałbym byście zwrócili swoją szczególną uwagę? Na pewno oficjalnie firmowa-ne duety "Come tomorrow" i "Above the law" to jazda obowiązkowa
ale nie zapomnijmy o innych cudeńkach z "Night of my life" (delikatne klimaty "Stayin' alive"), "Stranger in a strange land", "It's up to you"
i "Golden dawn" (musicalowe i filmowe zacięcie, piękna sprawa) na czele.
A na koniec polecam też "(Our love) don't throw it all away" - odświeżony hit Andy'ego Gibba (pierwszego z braci, który zmarł 10 marca 1988 roku), zresztą napisany także przez Barry'ego.
Album w sam raz na jesienne wieczory we dwoje, w fotelu, przy
kominku nawet w domowym zaciszu rozhukanej stolicy.
1. Come Tomorrow (Duet with Barry Gibb)
2. Stranger In A Strange Land
3. Hideaway
4. It's Up To You
5. Night Of My Life
6. Above The Law (Duet with Barry Gibb)
7. Without Your Love
8. All The Children
9. Golden Dawn
10. (Our Love) Don't Throw It All Away
11. Letting Go
|
 |