<<<...powrót do serwisu
...

Bon Jovi
"Have a nice day".
(Island/ Universal)



...
 


Jon Bon Jovi oraz spółka zawsze należeli do moich faworytów. Są jedną z niewielu kapel, których twórczość śledzę z równym entuzjazmem od pierwszej płyty. I choć wielkie- na mnie młodziaku- zrobiło wrażenie premierowe wydawnictwo "Bon Jovi" z 1984 roku, trochę na ziemię sprowadziła druga pozycja chłopaków z New Jersey "7800 Fahrenheit". Do tego typu ostrego grania nie byłem wówczas przyzwyczajony.
Ale wypieki na twarzy spowodowały już wszystkie kolejne produkcje, począwszy od "Slippery when wet" (1986), "New Jersey" (1988) oraz "Keep the faith" (1992)- może mniej przebojowe ale wówczas za "Bed of roses" dałbym się pokrajać (a wiem co piszę, bo album pierwszy raz poznałem, leżąc w szpitalu).
Lata dziewięćdziesiąte nie należą do najlepszych w karierze grupy, choć seria koncertów jakie dali po premierze "Keep the faith", nadal utrzymywała chłopaków w czołówce najlepszych rockowych grup globu.
A potem przyszedł album podsumowujący karierę "Cross road", który zamiast otworzyć nową epokę przed grupą, zamknął starą, bezlitośnie burząc horyzonty na przyszłość. Nie wiem czemu ale mnie bardzo zakręciła płyta "These days", którą krytycy mocno piętnowali. Na szczęście Bon Jovi zawsze mieli szczęście do fanów, stąd zebrali w sobie energię i wydali przed pięcioma laty przełomowy materiał "Crush". Może sam w sobie nie idealny ale zawierający mega hit "It's my life"- królową wszelkich list przebojów oraz jazdę obowiązkową każdej szanującej się imprezy, nawet tej zwanej parapetówką.
Wydany w 2002 roku "Bounce" pokazał grupę z nieco mniej przebojowej strony, rok później fani dostali wyjątkowe wydawnictwo z nowymi akustycznymi aranżacjami największych przebojów grupy- rzecz bardzo dobrą i po dziś dzień jak gdyby nieco niedocenioną.
Mamy wreszcie rok obecny i dziewiąty studyjny album w dyskografii tej założonej w 1982 roku, pierwotnie pod nazwą John Bongiovi and The Wild Ones grupy.
Płyta "Have a nice day" jest zupełnie inna od poprzednich z tego dziesięciolecia. Wyróżnikiem jest jej równy poziom od początku do końca. Zespół nastawił się na mocne granie jakie znamy z płyty "Keep the faith" ale nie zapomniał przy tym o melodyjności z jakiej słynął w latach osiemdziesiątych.
Przy dynamicznych numerach "Have a nice day", "Who says you can't go home" czy "Last man standing", klasycznym "I want to be loved" oraz "I am" doskonale współbrzmią ballady "Welcome to wherever you are", "Bells of freedom" oraz "Wildflower" -ze smyczkami jako wątkiem prowadzącym. Natomiast całość idealnie spina najmocniejszy bonusowy numer "Dirty little secret".
Nad albumem od strony producenckiej prócz Jona Bon Jovi i Richie Sambory, czuwał wszędobylski John Shanks. Powróciło też nazwisko odradzającego się w coraz lepszej formie, Desmonda Childa- zwanego ojcem chrzestnym wielu rockowych kapel, m.in. właśnie Bon Jovi.
"Have a nice day" ucieszy sympatyków grupy z młodego pokolenia, uraduje starych a nie pozostawi obojętnymi ludzi kochających dobry korzenny amerykański rock. Pojawia się tylko wątpliwość, czy grupa owym bardzo klasycznym dla siebie materiałem, zyska nowych odbiorców. A o to możemy się chyba obawiać. Bo ta retrospekcja własnej twórczości, wręcz spojrzenie za własne plecy, nie otworzyła kapeli nowych drzwi a odkurzyła kilka zakurzonych futryn i zmieniła zardzewiałe zamki...

1. Have A Nice Day
2. I Want To Be Loved
3. Welcome To Wherever You Are
4. Who Says You Can't Go
5. Last Man Standing
6. Bells Of Freedom
7. Wildflower
8. Last Cigarette
9. I Am
10. Complicated
11. Novocaine
12. Story Of My Life
13. Who Says You Can't Go Home

 

opracował Adam Dobrzyński
 <<<...powrót do serwisu
... .