| |
Na muzyczny rynek powraca jeden z najciekawszych męskich wokali młodego pokolenia, Craig David.
Po trzech latach przerwy, LP "The story goes" jest zdecydowanym zwrotem do debiutu sprzed lat pięciu. A od tego czasu upłynęło wiele wody, nie tylko w naszej Wiśle.
Craig dorósł, ma teraz 24 lata i - jeśli wtedy, można było mu zarzucić,
iż poszukuje- teraz zdecydowanie wie, czego chce.
Tak się dziwnie złożyło (verte- moja recenzja albumu "Slicker than your average"), iż po romansie z muzyką hip-hop/ funku, Craig ponownie zanurzył się w nurcie garage i 2 step. Wyszło mu to na dobre, jego numery znów pulsują życiem, ponownie omamiają słuchacza, są przez niego pożądane, a album nie wychodzi z odtwarzacza- bo to płyta
z gatunku, "powoli rozpuszczającej się tabletki uspokajającej".
Na płycie poświęconej pamięci babci artysty- Lily Loftus, z jednej strony więcej mamy cukierkowych dźwięków, łatwo przyswajalnych bitów
i pulsującego wokalu Davida, z drugiej natomiast jego bezbłędne
chórki, a nade wszystko specyficzny i rozpoznawalny wokal- najzwyczajniej "wciągamy nozdrzami".
Płytę przywiozłem z wojaży po czeskiej Pradze- tam tytuł miał swoją premierę, tydzień wcześniej aniżeli u nas czy w Wielkiej Brytanii. Przy zapoznawaniu się z nią, miałem wrażenie, jak gdyby wokalista budował ze mną rodzaj specyficznej więzi- której podobno, nieco zabrakło na sopockim wakacyjnym występie- cóż, można mu to wybaczyć.
Te trzynaście kompozycji, od początku do końca, przykuwa naszą
uwagę i rekompensuje wszelakie niedociągnięcia z Opery Leśnej.
Nie ma na albumie "The story goes" ani jednego "zapychacza", wszystko jest na miejscu i stopniowo rozwija się aż do wybuchu- to
taka gra przeciwności- akurat przy balladach "One last dance" czy "Unbelievable"- to obowiązkowa jazda "wieczorków we dwoje" ale
i każdej impry, na której pary, spragnione bliskości, po prostu zatańczą przytulańca.
A zaraz po tej dawce romantyzmu wystrzeli "Just chillin'"- jakby pochodzące ze stajni numerów Destiny's Child.
Nie zapominajmy jednak o Usher'owym "Thief in the night", "Separate days" czy "Johnny"( znów Destiny's Child?...) a także gotowcach na hit "All the way", "Don't love you no more (i'm sorry) (ja jak tego słucham
to mam na myśli tylko " I just can't stop loving you" Michaela Jacksona, dziwne?...) i doskonałym "Hypnotic"- trzech pierwszych songach otwierających album. Tak sobie myślałem, słuchając pierwszy raz LP, jeśli tak zaczyna się płyta, dalej nie może być gorej, i nie było.
"The story goes" to jedna z najpiękniejszych pozycji płytowych tego roku ale mam drobną obawę. Czy po sukcesach dwóch pierwszych albumach Craiga, rynek nie będzie nim zbyt nasycony, a z drugiej
strony, czy ta trzyletnia przerwa, nie odbije się źle na sprzedaży
owego krążka? W tygodniu debiutu, album w rodzimej Wielkiej
Brytanii, pojawił się na 5 miejscu, w Hiszpanii na 2, w Danii i Szwajcarii na 3 a w Kanadzie jedynie na 27... ale może "save the best for last"?
Adam Dobrzyński
1.All The Way (Album Version)
2.Don't Love You No More (I'm Sorry)
3.Hypnotic
4.Separate Ways
5.Johnny
6.Do You Believe In Love
7.One Last Dance
8.Unbelievable
9.Just Chillin'
10.Thief In The Night
11.Take 'Em Off
12.My Love Don't Stop
13.Let Her Go
|
 |