| |
Na każdy nowy materiał spółki Dave Gahan- Martin Gore- Andrew Fletcher przychodzi nam zawsze czekać z wypiekami na twarzy. Jedna rzecz to ta, że zespół w naszym kraju ma niesamowitą rzeszę fanów, druga zaś taka, że Depeche Mode to wybitny zespół, który jako jeden
z niewielu nadal należy do ścisłej czołówki światowego rynku muzycznego, ba, nawet gdy tworząc nieco w innym stylu, od wydania
w 1981 roku albumu "Speak & spell", nie myślą rezygnować z zachowy- wanej pozycji.
Smaku dodaje fakt, że od kilku lat musimy sporo naczekać się na ich nowy materiał. Tym razem te cztery lata jakie upłynęły od ukazania
się albumu "Exciter" uratowały solowe projekty zarówno Gahana jak
i Gore'a. Może niekoniecznie do końca udane ale fani mieli przynajmniej na co wydawać pieniądze.
A tu nie dość, że ruszają w trasę koncertową - w marcu przyjeżdżają
do Polski (biletów dawno już nie ma) to dodatkowo raczą nas
absolutnie nowym materiałem. Krążkiem, który kryje dwanaście nowych kompozycji, o których słów zaraz kilka. Tu od razu dodam, że warto sięgnąć po jedną z wersji singla "Precious" bo na niej tak zwane ps.
do płyty i utwór "Free", którego próżno szukać na "Playing the angel".
Płyty depeszów już dawno przyzwyczaiłem się oceniać przez pryzmat albumów poprzednich a najlepiej nie od razu tylko po roku a nawet dwóch od wydania. Jeszcze odnosząc nową muzę do płyty poprzedniej, łatwo da się określić kierunek, w jakim podążyli, co odkryli nowego a do czego nawiązali. Bo opinii o nowych projektach DM jest prawie tyle ilu jest fanów zespołu. Jedni psioczą, że to już nie stara muza, drudzy przeciwni są eksperymentom kapeli, jeszcze inni dopiero w tym co poznali teraz odkrywają sedno. Tak więc nawet zrecenzować album nie jest tak od razu łatwo - tym bardziej, że dokonania twórców "World in my eyes" czy "I fill you" zawsze były bliskie memu sercu.
Ale ok., po kolej.
Najnowsze dzieło różni się od dotychczasowych, swoją uniwersalno-ścią. Zespół nie idzie na łatwiznę, nie dopasowuje się do stereotypów ale zaczyna coraz rzetelniej korzystać ze swoich starych pomysłów.
Nie zjada się na szczęście przy tym od środka a eksperymentuje
z własnym "Ja". I w ten niby prosty i oczywisty sposób, każdy czy to stary, czy nowy fan, fan absolutny i taki lekko przypadkowy, na
nowym materiale znajdzie coś dla siebie.
Bo zespół zarzucił usilne poszukiwanie swojej tożsamości
a zdecydowanie nie wyparł się przeszłości. A to można było kapeli zarzucić od kilku ładnych lat.
Zatem całość zaczyna się od mocnego i hałasującego "A pain that i'm used to". Od razu przywołujemy sobie w pamięci album "Songs of faith and devotion". Dave ma niezłego zadziora w gardle i w podobnym stylu da siebie posłuchać jeszcze w kilku innych numerach.
Zaraz potem w "John the revelator" mamy analogię do krążka "Exciter" ale w numerze "Suffer well" czeka nas niespodzianka. Zespół zagląda jeszcze dalej i wędrujemy pamięcią do dokonań kapeli z płyt "Black celebration" i "Music for the masses". Numer ten zresztą mocno oparty jest na motywie "A question of time"- to każdy wychwyci.
"The sinner in me" to z innej beczki uderzenie. Z jednej strony mamy
już wędrówkę na LP "Ultra", z drugiej zaś zaczyna coraz bardziej funkcjonować specyficzna aura mroczności muzyki depeszów, na jaką napotykaliśmy np. na "Songs of faith and devotion". Ten model będzie już obowiązywał w zasadzie do końca, z kilkoma przerwami.
Taki przeszywający numer to na pewno "Macrovison" ale i "I want it all" - ten radzę słuchać w ciszy i przy zgaszonym świetle.
Nie zabrakło też i klasycznej przebojowości DM. Tak więc na pierwszy ogień słusznie poszedł do rozgłośni "Precious". To idealne oddanie rozwiązań wykorzystanych na "Violator". Nieźle się rzeczy mają
z "Damaged people" - które mnie osobiście kojarzy się z motywem przewodnim z "Stripped" ale i zachowuje pomysł na utwór z "Only
when i lose myself".
Do tego dodajmy miniaturkę instrumentalną "Introspectre" oraz
"Lillian" - pewnego rodzaju kontynuację tanecznego "I feel loved"
z "Excitera".
Całość wieńczy kolejny mroczny a momentami i przywołujący klimaty tragiczne, song "The darkest star". Tytuł wszak zobowiązuje. W tym numerze ukryta jest cała moc tria. Jest fortepian, cisza, potem głos Gahana, przeszywający chór stworzony przez wielowarstwowy wokal Gore'a i ten nastrój niepokoju.
Słyszałem już kilka opinii, iż ten "straszny" klimat i ta przytłaczająca
aura muzyki, jaka znalazła się na najnowszym krążku, to taka niedepeszowa rzecz.
Prawda jest jednak taka, iż to są słowa niosące niechciane zastępy komplementów. Wypowiadają je ludzie, kompletnie nieznający
"starych" depeszów, nie czujący klimatów, które zawładnęły
chociażby świętej pamięci Tomkiem Beksińskim. A to właśnie za jego pośrednictwem, zostało mi zaszczepione uwielbienie do tej grupy, kapeli, która na nowym albumie powraca do swoich szczytowych osiągnięć, do płyt, które ją wypromowały a nie przyczyniły się do
walki poszczególnych singli na listach przebojów.
"Playing the angel" to najbardziej typowe i zarazem prawdziwie wydawnictwo tej kapeli od lat.
1. A Pain That I'm Used To
2. John The Revelator
3. Suffer Well
4. The Sinner In Me
5. Precious
6. Macro
7. I Want It All
8. Nothing's Impossible
9. Introspectre
10. Damaged People
11. Lilian
12. The Darkest Star
|
 |