| |
"Po ostatniej płycie zarzucano nam, że się zpopowiliśmy, że nazwa Agressiva a gdzie ta agresja w muzyce. Postanowiliśmy odejść tym razem od niezwykłych dźwięków, jakiś młotów a postawić na obecność gitar. Ballady na tym krążku miały dać wytchnienie bo gdyby cały album składał się z tych "mięsnych dań" nikt by pewnie tego nie wytrzymał.
A w takim oto towarzystwie obecność lightowych kompozycji nie dość, że się przydała, to te piosenki są bardziej niż kiedyś chwalone...
Wydaje mi się, że chyba wybrnęliśmy z założenia albumu, właściwie, sami nie wiemy jaki będzie kolejny krążek, z tego jesteśmy
zadowoleni".
Ta niedawno udzielona mi wypowiedź przez Bodka Pezdę ratuje wizerunek nowego krążka "In" ale myślę sobie, że pozwala zrozumieć
i odpowiada na wiele pytań, które pojawiły się po poznaniu LP.
Faktycznie to bardzo inna, ostrzejsza, brudniejsza brzmieniowo za sprawą przesterowanych gitar płyta, która burzy jakoby wizerunek Agressivy 69 jako grupy mającej idealne wyczucie co do budowania atmosfery w swoich produkcjach. Prawda jest taka, że atmosfera, swoista przestrzeń obecna jest najbardziej jedynie we wstępie do krążka, klasycznym "Intro". Potem miażdży nas potęga singlowej "Rzeźni", która robi w głowie niezłe spustoszenie. Po kolejnym przesłuchaniu da się odkryć piękno tego numeru, ale podobnie
jak on, dużej wytrzymałości i cierpliwości słuchacza potrzebuje reszta materiału.
Zupełnie zbędnym w tym towarzystwie jest bardzo pokręcony song
"Nie ma mnie" ale następująca po niej zdecydowanie sympatyczna forma "Nie widać końca" uspokaja.
Pojawia się tu takie spostrzeżenie, na koncercie można z tego numeru naprawdę wycisnąć wiele.
Podoba mi się delikatny i taki do jakiego przyzwyczaili mnie panowie
już przed laty "Dark side of the radio" - dla mnie jeden z najjaśniej-szych punktów "In". No i jeszcze "Some bizarre"...
Po częstym powracaniu do albumu podoba mi się też "Na końcu
świata" z ewidentną przynależnością do świata muzyki dark wave...
i tak dalej, bo mimo wszystko "In" to znów światełko na naszym rynku
i jedyna chyba taka pozycja, która do polskiej szarości znów nie pasuje.
Odrębne miejsce należy się gościom, bo na "In" doświadczymy obecności wyjątkowych.
Pierwszym jest Martin Atkins, który swoje bębny osadził w bodajże czterech numerach, potem warto wspomnieć jeszcze o odkryciu Bodka po jednym z koncertów, zespole Hetane a bardziej ich wokalistce Magdzie Oleś - zgadzam się, ma niezwykły potencjał i trzeba go wykorzystać...
A deser na koniec czyli Wayne Hussey, który nie tylko napisał tekst do "In your eyes" ale w nim zaśpiewał oraz przygrywa na keybordzie... Pysznie i bardzo kąśliwie jak na nasze warunki, bo prócz sztucznych duetów Jose Carrerasa z Edytą Górniak, czy Cesarii Evory najpierw
z Kayah a ostatnio z Dorotą Miśkiewicz, próżno szukać podobnych owocnych współpracujących ze sobą osobowości... (jubileusz Budki Suflera to jednak czysta komercja).
Po takim zestawie - mimo pewnego rodzaju rozczarowania - może bardziej zaskoczenia, "In" pokazuje, że dobry zespół to rozwijający
się zespół i nawet gdy zmienia zupełnie swoje oblicze, fakt ten nie
może negatywnie wpłynąć na jego wizerunek. Bo ambicji, wyczucia
i rozeznania chłopakom z Agressivy nie wolno odmawiać.
Słucham "In" umiarkowanie, bo to nie jest płyta do częstego zaznajamiania, trochę antysłuchaczom ale dawkowanie jej w małych ilościach jest zdecydowanie godne polecenia.
Godnym polecenia jest też dołączony do krążka bonus w postaci
płyty DVD rejestrującej wszystkie najważniejsze teledyski w dorobku zespołu. Taki "best of" na video - dobry marketingowy chwyt...
1. In
2. Rzeźnia
3. Nie ma mnie
4. Nie widać końca
5. Zimny
6. Dark side of the radio
7. Na końcu świata
8. Some Bizzare
9. Ostry jak nóż
10. Jestem martwy
11. Destruction - feat. Hetane
12. Jeden dzień
13. In your eyes feat. Wayne Hussey
Adam Dobrzyński |
 |