| |
Zastanawia mnie czy ktoś kojarzy postać Jema Godfrey'a? A czy ktoś kojarzy w ogóle jego nazwisko ze światka rocka progresywnego? Idę
o zakład, że nie ale przy okazji pojawienia się super grupy Frost i jej debiutanckiej pozycji "Milliontown" bardzo szybko to się zmieni.
Dla niewtajemniczonych dodam, że do tej pory Godfrey zasłynął
z przebojów jakie pisywał m.in. dla Atomic Kitten czy Ronana Keatinga, to dopiero jazda. I widać, że popowe numerki już mu się przejadły,
więc postanowił się przekwalifikować. W dosłownym tego słowa znaczeniu, bo wcześniej z rockiem a co do tego progresywnym
nie miał kompletnie nic wspólnego. Ba, nawet niezbyt znał kapele,
które nagrywały ową muzę.
Ale, Jem dobrym kompozytorem jest i inteligentnym kolesiem przy
okazji, jak wieść wielka niesie, pewnego dnia (nie wiem czy
słonecznego czy deszczowego, czy było mu zimno lub może gorąco) wybrał się do dobrego sklepu muzycznego i poprosił sprzedawcę o zaprezentowanie najważniejszych z lat ostatnich płyt owego nowego dlań gatunku. Nie wiem czy obecny kształt krążka Frost należy pośrednio zawdzięczać owemu sprzedawcy, niemniej z podanych mu pozycji, nasz bohater zakupił czterdzieści najważniejszych tytułów-
jego zdaniem. Potem mocno je słuchał, słuchał, a gdy skończył, wyciągnął jeden niezwykle ważny dla naszej opowieści wniosek,
w prog-rocku istnieje luka, którą postanowił zapełnić. Skomponował
na boczku sześć kompozycji i postanowił do swojego projektu zaprosić odpowiednich muzyków. Na jego anons (po przesłuchaniu gotowego materiału) odpowiedzieli wszyscy, których wybrał- czyli uwaga- John Mitchell (m.in. Arena) oraz sekcja rytmiczna IQ (!!!), Andy Edwards
i John Jowitt (ostatnio też Jadis). Dokładnie to było tak, że Mitchell zasugerował w pubie, po kilku piwach Jowitta a ten swojego kumpla, proste, prawda?
Ale muzyka, którą Frost przygotowali na swoim debiutanckim rewelacyjnym krążku, prosta nie jest, łatwa momentami też nie,
co nie przeszkadza w jej prawidłowym odbiorze i uniesieniom przy
tym towarzyszącym.
"Milliontown" to blisko godzinna podróż w dawno nie odwiedzane rewiry, w stylu gdzie kończy się twórczość Pendragonu a zaczyna
Areny, echami pobrzmiewa Dream Theater ale i pomysły Porcupine
Tree.
Ale w praktyce w żadnej z sześciu kompozycji nie ma ewidentnych zapożyczeń, nie ma stu procentowych odniesień na podstawie,
których napisałbym - o Godfrey ściągnął, aż boli. Nie, to bardzo świeża, przemyślana i dopracowana w najdrobniejszych szczególikach pozycja.
W otwierającym LP instrumentalu "Hyperventilate", który trwa siedem
i pół minuty tylko przez chwilę ma się wrażenie zbyt szybkiej struktury dźwięków, że wszystko dzieje się zbyt szybko, że aż za szybko. Ale spokojnie.
Zaraz potem następuje "No me no you", które rozpoczyna genialny wstęp; prawdziwa kakofonia dźwięków, splot przeróżnych telewizyj-nych informacji i delikatny riff Mitchella masujący skronie odbiorcy.
A potem ...posłuchajcie sami. W songu tym jest tak wiele smaczków, przejść, zmian tempa i doskonałych rotacji ładunku emocjonalnego, których zabrakło mi na ostatnich albumach Areny i Pendragon, że ja osobiście przez te sześć kolejnych minut, wymiękam.
A dalej następuje piękna ballada "Snowman"- wiem, to nie ta pora ale nawet na upał to w sumie niezłe antidotum (polecam do odsłuchu już po 18.00). Troszkę tu Frost pachnie pierwszym solowym krążkiem Ray'a Wilsona ale to tylko podwyższa moją ocenę.
Również pocukrzyć muszę co do "The other me" - jadące mi "Rzeźnią" Agressivy 69 ale co do zapożyczeń tak zwanych, mowy być nie może...
I ballada "Snowman" i ten utwór, ledwie trwają po cztery minuty,
a jakie pozostawiają po sobie wrażenie...
Bardzo nowoczesne brzmienie Frost stosuje we wspominanym
numerze, przy czym nie zapomina Godfrey i spółka o bardzo ładnych chórkach, rwanych riffach Mitchella i doskonałej solówce coś troszeczkę podchodzącej pod Barretta...
"Black light machine" trwające dziesięć minut to znów lekki zwrot do Porcupine Tree ale mniej tu odniesień a pozostaje tylko niezwykły
klimat, brawo.
A na koniec - deser, prawdziwe dzieło, jakiego szukałem od
"Queen of hearts" Pendragonu i na chwilę zachłystywałem się "Stars die" w wersji z Ep-ki Porcupine Tree czy pomysłami Transatlanticu...
"Milliontown" to historia oparta na książce Gordona Houghtona "The Apprentice", w której bohaterem staje się człowiek przywrócony do
życia przez śmierć, w równo pięć lat po swojej śmierci. Ma od swojego wskrzesiciela siedem dni, w trakcie których ma przyprowadzić do Piekła siedem dusz. Jeśli mu się to uda, przejmie tę robotę na stałe, jeśli nie, wróci skąd przybył a na jego miejsce Śmierć wydeleguje kolejnego kandydata. Piękna to historia, radzę uważnie ja przestudiować.. trwa zresztą na krążku ciut ponad pięknych dwadzieścia sześć minut!
I to byłoby na tyle.
"Milliontown" to album progresywny roku i wierzcie mi, marne są
szanse by ktokolwiek i jakakolwiek pozycja byłaby w tym momencie
w stanie to zmienić.
Czekam na Galahad- bezskutecznie. Projekt Neo nie kwapi się na nagranie płyty, reszta milczy. A my mamy Frost, brawo.
1. Hyperventilate
2. No me no you
3. Snowman
4. The other me
5. Black light machine
6. Milliontown
Adam Dobrzyński |
 |