|
|
"(...) wszyscy jesteśmy niezależni".
Adam Dobrzyński: Czy ze wszystkiego co zrobiłaś do tej pory, jesteś zadowolona, czy wszystko potoczyło się zgodnie z Twoimi oczekiwaniami?
Kayah: Pewnie, że nie. Nie ze wszystkiego jestem zadowolona, nie ze wszystkiego jestem dumna. Mnóstwo pustych dziur zostało ale myślę, że to dobrze. Trzeba sobie zostawić troszeczkę luk, coś do naprawienia...Robienie błędów to jest przywilej młodości. Ma się wtedy czas by je naprawiać, a błędy są wspaniałe ale tylko tak długo, jak się
z nich uczymy.
AD: Masz bardzo interesującą i bogatą biografię. Wróćmy zatem do początków Twojej kariery. Zadebiutowałaś nieco przypadkowo,
podobno Antoni Roszczuk, król ówczesnej prywatnej fonografii
(to była druga połowa lat osiemdziesiątych - przyp. AD), był
z tego faktu wyjątkowo zadowolony... Pamiętasz te chwile?
Kayah: Tak, doskonale. Antoni Roszczuk był faktycznie bardzo zadowolony. Płyta, którą nagrałam a on potem wydał, była absolutnie
po jego myśli a ja na jej cały kształt, tak nagranie jak i efekt końcowy zupełnie nie miałam wpływu. Zdarzyła się okładka, na której pokazana zostałam jako zagubiona dziewczynka. Po jego myśli do mediów
została sprzedana informacja, że jestem Kayah. To on usłyszał,
jak mnie nazywają w moim rodzinnym domu. Sam, na potrzeby - jak twierdził rynku zachodniego - wymyślił dość pretensjonalną pisownię, którą musiałam zaakceptować i tak jest do dziś.Wiele rzeczy wówczas działo się poza mną z czego dziś nie jestem dumna ale tak się
wszystko zaczęło. Co teraz robi Antoni nie wiem, wiem co robię sama. Okazuje się, że wygrywa sztuka, szczerość, wygrywa najzwyklejsza
w świecie prawda.
Prawdopodobnie byłam wtedy za młoda by mieć kontrolę nad swoim życiem, zbyt niedoświadczona by rozumieć te mechanizmy, jedyne co wiedziałam to to, że chcę śpewać i już. A i często wtedy zdarzało się,
że w tej jednej dziedzinie, o której miałam wydawałoby się wykrystalizowane pojęcie, pomijano mnie i lekceważono, bo byłam młodą kobietą i to jeszcze atrakcyjną, choć nie miałam wtedy o sobie dobrego zdania.
AD: Ile w życiu należy mieć szczęścia, ile odwagi a ile wiary w swoje możliwości by odnieść tak wielki sukces - nie zapominajmy również
o talencie...
Kayah: Muszę to powiedzieć. Trzeba mieć po równo wszystkiego. Ale ogromnie przydaje się szczęście do ludzi. Wszyscy przychodzimy na świat lekko niepewni, zakompleksieni i tylko wielkie osobowości i silne charaktery - jeśli nie rodzice- są w stanie pomóc, doradzić, wskazać właściwą drogę, którą można się poruszać. Miałam wielkie szczęście, spotkać wielkich ludzi na swojej drodze i jeszcze większe, że Ci ludzie po prostu mnie zaakceptowali i wspierali. Nawet gdy popełniałam błędy, wciąż szukałam siebie a w durnej młodości nie bardzo umiałam jeszcze właściwie ocenić co jest bezinteresowną sympatią i czystym sercem... Ale przecież ilu z nas, musiało się oparzyć by uwierzyć, że ostrzeżenia
iż to jest gorące, były prawdziwe. To przywilej młodości.
AD: Przywilej ale i przywara młodości.
Kayah: Przywarą było to, że zdarzało mi się być straszliwie arogancką
a i to nie odstraszyło - o dziwo ode mnie, zacnych ludzi. Grzegorz Ciechowski, Czesław Niemen, Atrakcyjny Kazimierz, Marek Kościkiewicz to aleja gwiazd na drodze tych, których szczęśliwie spotkałam. Wspaniali marzyciele, którzy swoje sny byli w stanie wprowadzić
w życie, ruszyć swoje koło fortuny w tej polskiej szarości. Pasjonaci,
a pasje bywają zaraźliwe.
AD: Wśród wielkich nazwisk jest to, o które teraz chciałem zapytać.
Twój prawdziwy płytowy debiut przypada na rok 1995 i wydanie płyty "Kamień". To była całkiem inna muzyczna rzeczywistość, Marek Kościkiewicz był właścicielem firmy fonograficznej Zic- Zac i mocno
Ci zaufał...
Kayah: Tej płyty nikt nie chciał wtedy wydać...(śmiech - przyp. AD).
Była dość trudna, szczególnie w czasach królowania jedynie muzyki rockowej. Ciągnęła się za mną dodatkowo zła opinia, jaką wyrobił mi
w środowisku między innymi wspomniany wcześniej Roszczuk. Z Markiem znaliśmy się już wtedy parę lat, wcześniej występowałam
w chórkach z De Mono ale kiedy zespół nie zabrał mnie na trasę do Stanów, które były dla mnie wtedy mekką, trochę nasze drogi się rozeszły z zadrą w moim sercu, choć dziś wspominam to z uśmiechem.
Pewnego dnia z bratem Marka spotkaliśmy się w kolejce na Poczcie Głównej w Warszawie. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i od słowa do słowa wspomniałam, że szykuję płytę i że szukam wydawcy. I jakoś pocztą pantoflową trafiłam do Zic-Zac. Marek powiedział, "Kasiu, to nie jest rzecz, na której da się zarobić bo nie jest komercyjna ale to jest fajny materiał i będę zaszczycony mając go we własnej stajni". Słowa Marka powielam dzisiaj jako wydawca. On się wtedy pomylił bo płyta odniosła sukces ale tego co dla mnie zrobił, nigdy nie zapomnę. Teraz ryzykuję. Uważam, że prawdziwa sztuka, wiara, szczerość, talent, młodość i uczciwość artystyczna są na tyle istotnymi wartościami, że należy w nie inwestować. Nawet wówczas gdy nie rokują oczywistego
i łatwego zysku. Lubię ludzi, którzy mają odwagę iść pod prąd, nie są nastawieni na komercję, akceptację mas. Sama takimi ludźmi otaczam się na co dzień. Marek Kościkiewicz to niewątpliwie rozpoczął.
AD: Zajmijmy się prywatną sferą życia... ślub, rozstanie, narodziny
synka Rocha- jak to jest - być artystką w Polsce i mamą zarazem...
Kayah: Normalnie. Artysta to zawód jak każdy inny. Tylko o tyle trudniejszy, że jest nieregularny, dorywczy no i cały czas wystawia
cię na opinie innych. Ocenę nie tylko dokonań ale i prywatnych decyzji, z czym tak trudno jest mi się pogodzić. Artysta powinien mieć prawo
do prywatności jak każdy inny człowiek. Poza tym trzeba czasem być
w wielu miejscach, wyjeżdżać, w momencie rozdawania świadectw, koncertować na drugim krańcu Polski lub podpisywać nową płytę gdy dzieją się historyczne i ważne sprawy w rodzinnym kręgu. Ważne
jest, że umiem powiązać koniec z końcem i spokojnie patrzeć na dzień następny, w przyszłość. Pragnę wierzyć, że mój syn jest ze mnie
dumny. Dumny, bo zawsze gdy się wypowiadam, robię to w interesie wszystkich ludzi, że jestem tolerancyjna i do tego samego nakłaniam innych... W domu często mówimy o tolerancji, urodzie świata na którą składa się fakt, że wszyscy jesteśmy rożni i dotyczy to nie tylko różnic kulturowych, rasowych ale i religijnych. Myślę, że to jest ogromna inwestycja w przyszłość mojego syna. Rośnie bez uprzedzeń.
Sama jako kobieta nie różnię się od innych pań. Jedna chodzi
do salonu fryzjerskiego, druga do banku czy fabryki, ja chodzę
do swojej wytwórni, na wywiady, na scenę. Może to jest gorsze
dla mnie, bo te panie wychodzą z pracy i żyją swoim prywatnym
życiem, tak odmiennym od tego, jakie wiodą w swoim miejscu pracy.
Ja natomiast nie, wszędzie cokolwiek zrobię, z kim zjem obiad, jaką podejmę decyzję życiową, to wszystko jest pod obstrzałem. Może spotkać się z krytyką, nieprzychylnymi komentarzami i tak dalej.
Ciągła obserwacja i opinia - z tym liczę się każdego dnia i każdego
dnia rośnie we mnie coraz większy bunt. Przyjmuję to jednak jako próbę.
AD: Twój syn Roch ma teraz dziewięć lat, czy zaakceptował świat
w jakim automatycznie
się znalazł?
Kayah: On ma swój świat i mimo, że zachęcam go dziesięć razy by pojechał ze mną na przykład na koncert, udowadnia mi za każdym razem, że to go nie obchodzi. To nie jest efekt buntu ale brak zainteresowania. Powiem Ci, że też interesuje się muzyką, nawet bardzo ale ja nie jestem w gronie jego faworytów. Myślę, że to
dobrze, że ma odwagę mieć swoje zdanie...Dla Rocha moja praca
była zawsze pewnego rodzaju okradaniem z naszej prywatności, spedzania wspólnie czasu. Ja przeceż pracuję głównie w porach kiedy inni rodzice juz po pracy zajmuja się dziećmi, może to jest klucz do zrozumienia jego bierności.
AD: Prócz tego, jesteś bizneswoman, która nie tylko wydaje swoje
płyty ale i promuje innych. Kiedy zdecydowałaś się na ten wówczas karkołomny i wręcz desperacki krok?
Kayah: W podjęciu tej decyzji pomógł mi Tomik (Grewiński- przyp. AD). Od ponad dziesięciu lat mój manager. Niezależnie od tego czy
opiekował się mną pod skrzydłami BMG czy poza, zawsze się przyjaźniliśmy. Wkrótce zauważyliśmy, że stać nas na samodzielność.
A wieloletnie doświadczenie zaowocowało wkrótce nowym pomysłem, skoro możemy wydawać moje płyty, czemuż by nie wydawać płyt
innym? Duże firmy fonograficzne dysponują dużym zapleczem
finansowe ale nie jest to przeszkoda, która uniemożliwiałaby własny
i samodzielny start. Postawiliśmy na prawdziwą sztukę i niepokornych artystów. Płyty jakich sami chcielibyśmy słuchać. Początki były
nieśmiałe, ale spotkały się z uznaniem i dmuchnęło nam wiatrem
w skrzydła. Sukces finansowy mile zaskoczył tym bardziej, że nie
był on priorytetem w naszej działalności. Ciężko uwierzyć, domyślam
się, ale nadal pozostaliśmy idealistami. Pomagając naszym przyjaciołom a przy okazji świetnym muzykom, nie sadziliśmy, że to będzie coś wielkiego a to był początek Kayaxu.
AD: Czy prowadzić wytwórnię płytową i do tego w Polsce, jest proste?
Kayah: Myślę że nigdy i nigdzie nie jest to łatwe. Wiesz, ja interesów
nie prowadzę. Nie wiem co jest brutto a co netto. Prowadzę wieczny
i nieustający dialog między nami - artystami a światem zewnętrznym ciągle wierząc w to, że ktoś z tego świata zewnętrznego, otworzy
serce i zrozumie, spodoba mu się. My nie podążamy za masowymi gustami, nie schlebiamy im a co więcej, mamy ambicje właśnie je kreować. Tego typu działanie nie wiąże się z zarabianiem pieniędzy. Czasami zdarza się tak, że na końcu miesiąca stajemy w punkcie zero
i myślimy co dalej, czy podążamy dalej. Zdarzają się wpadki a jakże. Nawet jeśli niektóre tytuły nie zwracają inwestycji, ryzykujemy dalej. Prowadząc firmę trzeba mieć na czynsz i pensje dla pracowników, dlatego nie jest łatwo się utrzymać na czymś tak eterycznym jak
sztuka i tak niepewnym jak akceptacja przez świat zewnętrzny.
AD: Tobie się jednak najczęściej udaje i to z nawiązką- Bisquit, Mosqitoo, Sofa, Tatiana Okupnik, Zakopower, Novika, Smolik, Maria Peszek to tylko niektóre nazwiska z Twojej stajni... Jak dobierasz
sobie współpracowników i jak przeprowadzasz selekcję tych,
w których warto inwestować?
Kayah: Bardzo prosto. Podpowiada mi serce. Albo coś pika albo nie.
Jak powiedziałam, błędy się zdarzają, tym bardziej niezależnej i małej wytwórni jaką jesteśmy.
Mamy z Tomikiem bardzo subiektywny szablon. Coś musi się nam podobać. Spotykam się z demówkami, które nas nie poruszyły
ale artyści dotarli do innych wytwórni i tam je wydali odnosząc sukces.Wiem też, że nie wszystkie płyty w które my wierzymy,
poruszą innych. Trudno, tego typu ryzyko bierzemy na siebie.
Niech tak będzie, człowiek musi być wierny sobie. Myjąc rano zęby, spoglądając w lustro, musi mieć przekonanie, że wszystko co zrobił,
było zgodne z jego sumieniem.
AD: Jaka jest Kayah- Katarzyna Rooijens- bo zachowałaś nazwisko
po mężu, w domu? Jak wygląda Twój wolny czas? Masz go w ogóle?
Kayah: Czas wolny w moim życiu rzadko się zdarza. Jest wręcz bardzo egzotyczny bo gdy się trafia, to zupełnie nie wiem co z nim zrobić. Mam w domu makabryczne zaległości. Na przykład dzisiaj moje wyjście
z domu było bardzo burzliwe. Przerzuciłam stertę ubrań by znaleźć poncho, w którym teraz jestem. Oczywiście wyżywam się maksymalnie na domownikach krzycząc "gdzie to jest, to Wasza wina, to Wy mi
to przełożyliście!". Ale wina niestety leży po mojej stronie, bo to ja jestem niezdyscyplinowana.
Mam za duży dom, za duży bałagan i za dużo mam też rzeczy i za
mało czasu i sił by je wiecznie porzadkować (śmiech - przyp. AD).
Moim marzeniem jest mieć wolny czas, wolną wolę i mnóstwo odwagi
by podróżować po świecie, poznając nowych i ciekawych ludzi.
I potrzebuję go by poświęcić więcej wolnych chwil mojemu synowi
na tabliczkę mnożenia...język angielski.
AD: Ostatnio gdy się spotkaliśmy, wspominałaś, że jakoś niechętnie
do tej myśli wracasz...
Kayah: I to podtrzymuję. Nie chce mi się zejść do piwnicy, znowu pracować nad płytą a później wydawać. Zmagać się z ocenami, krytyką
i mediami, między innymi rozgłośniami radiowymi. Całym tym promocyjnym cyrkiem .To wszystko już było. Wiem, nie mogę zawieść fanów, którzy i tak długo czekają na "Skałę". Przygotowywanie albumu to są jednak ogromne wyrzeczenia. Raczej będziemy pracować nocą
a na to trzeba być przygotowanym. Jeszcze nie jestem. Najważniejsze, że piosenki już istnieją, przede mną teraz bardzo mozolny etap aranżowania i decyzji. Chyba zrobiłam się trochę leniwa...
Czasem zastanawiam się, jak to jest, że człowiek, który nie radzi sobie
z dniem codziennym, z przypadłościami jakie natrafia na swojej drodze, stworzył teksty, które nie tylko rozliczają z przeszłości ale radzą
i opisują co robić w teraźniejszości i przyszłości. A takie rzeczywiście napisałam. Pewnie to wpływ mnóstwa mądrych książek jakich się naczytałam ostatnio. Jak można podpowiadać innym, jak żyć, kochać
i być odważnym, skoro mnie samej to nie wychodzi? A może się mylę?
AD: Dziękuję Ci bardzo za poświęcony czas. ...
|
 |